sobota, 11 listopada 2017

NIECZYSTE ZAGRANIE

MISJA 10

"Mieszaj i zmieniaj swoje sparowania tak, by przeciwnik nie mógł ułożyć planu ataku." 

Bruce Lee

Zmarszczka na czole mężczyzny pogłębiła się. Dłoń trzymająca kieliszek drgnęła, acz po chwili — płynnie przechylała całą zawartość. Solidny łyk, język oblizujący spierzchnięte wargi i stuk szkła o blat stołu.

Zimne, kalkulujące oczy w dalszym razie jednak pozostawały trzeźwe. Tak samo jak i jego umysł. Zresztą Orochimaru zawsze miał mocną głowę i to nie ulegało wątpliwości.

— A teraz do rzeczy, Su — nakazał. Ton, którym przemówił brzmiał niczym syk. Ostrzegawczy, groźny syk. Tsunade poruszyła się niespokojnie na fotelu. Jej oczy błądziły po twarzy Węża, próbując uchwycić barwę jego tęczówek, ale w tym stanie były to daremne próby.

— Och, jak ja cię nienawidzę — szepnęła do siebie, sepleniąc. Orochimaru skrzywił się.

— Skończ z oczywistościami, kochanie — warknął, doprawdy tracąc już cierpliwość. Naprawdę uwielbiał potyczki słowne z Tsunade, ale nie po alkoholu. W szczególności w tym momencie, gdy przeczuwał, że nowiny nie są zbyt dobre. A trzeba było wiedzieć, że Wąż najbardziej nie lubił, kiedy nie był doinformowany albo kiedy coś szło nie po jego myśli. Zazwyczaj to on rozdawał karty, nie odwrotnie. — Gadaj.

— Uzumaki nas wykiwał. Straciliśmy kontakt z... Kakashim, ponadt—to Itachi zgu—ubił Lisa. Nie wiadomo, czy on lub Uchiha żyją. Czy są w sidłach tego sukin — Tsunade czknęła — syna... Czy udało im się... spie—przyć.

Nim Orochimaru pojął, o czym ta cholerna kobieta mówi — kieliszek w jego dłoni roztrzaskał się w mak, wbijając w szorstką skórę. Krew pociekła po ramieniu, aż do białej marynarki, brudząc materiał na szkarłat. Mężczyzna jednak nie wydawał się tego zauważyć.

— Do jasnej kurwy, Su, chcesz mi powiedzieć, że Uzumaki też zaginął?

— Tak, właśnie to chciałam ci powiedzieć, Oro — potaknęła zadowolona. — A teraz polej!

Tsunade nie zdążyła pochwycić swojego kieliszka, ponieważ Orochimaru poruszył się. Sekunda i blondynka rozwarła w szoku oczy. Pomiędzy jej palcem wskazującym a środkowym tkwił, wbity w stół, nóż.

Tsunade zdumiona uniosła wzrok na surowe oblicze mężczyzny.

— Och, zawsze pociągała mnie twoj—ja precyzja — orzekła z lekkim zachwytem na licu.

— Chybiłem — oświadczył grobowym tonem.

***

Pamiętał tamten piekielny dzień. Pamiętał jej umierające oczy pośród tylu innych. Był dym, zapach śmierci w powietrzu niemalże dusił. Krzyki, przelatujące wokół kule.

Nie wierzył, że Madara dał się tak im wykiwać. Z każdym słowem, kiedy jeszcze rozmawiali, on sam zaczynał nie dowierzać. Przeczuwał, jak to się skończy już wcześniej. Jak to może się skończyć. Ale w tamtym momencie to nie była ostateczność, bądź co bądź ich trwało w pomieszczeniu więcej — otaczali tych przeklętych agentów. Mieli ich na uwięzi. Niczym swoje własne, zlęknione ptaszki. Ptaszki w klatce, tak właśnie zwyczaj miał mawiać Madara.

Ale tak było tylko pozornie. W rzeczywistości to oni tkwili w pułapce, dokładnie przemyślanej pułapce. Każde kolejne zdanie było tylko przeciąganiem, odwracaniem ich uwagi. Czekaniem na zjawienie się posiłków. Posiłków gangu Temari. Ona też została w to wrobiona, ale do niej Sasori nie miał żalu. Rozumiał.

Wtedy także zrozumiał coś jeszcze. Mianowicie, że, gdy zginęła Konan, jego świat legł w gruzach. Nienawidził jej, nienawidził, obserwował z ukrycia, ona go natomiast ignorowała odkąd wybyli z tego cholernego poprawczaka. Poznała Nagato i już o nim zapomniała, ba!, nawet nie patrzyła w jego stronę, jakby nie wiedziała, że istnieje. Dziwka. Ale tę właśnie dziwkę kochał. Szalał na jej punkcie. Uwielbiał niebieskie, farbowane od najmłodszych lat włosy. Te smutne oczy. To z jaką łatwością potrafiła zadźgać człowieka...

Była jego niespełnionym marzeniem. I nieważne, że nie mógł jej mieć. Ważne, że teraz nie miał jej w ogóle. Była martwa! Nieżywa, zastrzelona od tak! Nikt za nią się nie obejrzał, nikt nie zauważył, że została trafiona. Oprócz niego, bo on zauważył.

Jego Konan, jego przyjaciółka...

Ale Sasoriemu nie tylko ona została brutalnie odebrana. Śmierć Madary była kolejnym powodem, dla które właśnie teraz zaciskał z całej siły spluwę w gotowości.

Jego mentor, jego ojciec...

I Sasori miał świadomość, kto za to odpowiadał. Cała ta cholerna agencja, ta, którą nie zdołał wykończyć Madara, ta, którą zamierzał wykończyć teraz on. Dokończyć dzieło mistrza.

Ale tym razem miał już nauczkę, wiedział, że trzeba wszystko zaplanować. Złapać ofiary i wykiwać je, by potem dopaść, kiedy najmniej będą się tego spodziewały. Pionki, wyeliminować pionki, ponieważ to one są źródłem problemu. To tak jak mrówki, które są zbędne bez swojej królowej. By ją unicestwić, w pierwszej kolejności trzeba pozbyć się ich. Zniszczyć. Zabić. Do tego z uśmiechem na ustach.

— Trzeba być cierpliwym — upomniał siebie i poluzował palec na spuście. Ale spojrzenie dalej przesuwało się po dwóch, trwających w pomieszczeniu mężczyznach.

***

— Więc co teraz robimy? Masz jakiś pomysł?

— Mam.

Usta Uzumakiego naparły na nadal lekko opuchnięte Uchihy. Agresywnie wbiły się w nie, ponownie raniąc. Smak krwi nie był niczym dziwnym, a raczej czymś naturalnym. Sasuke się już do niej niemal przyzwyczaił.

Pulsowało mu w głowię, czuł, że nadal szczęka promieniuje, ale nie miało to znaczenia. Nie w tym momencie. Przyjemność i umięśnione ciało nad nim wystarczyło w ramach rekompensaty. Nawet nie wiedział kiedy, ale został popchnięty do tyłu i opadł na poduszki. To była właśnie ta chwila, w której zapaliła się czerwona lampka.

Kącik ust drgnął ku górze. Jeden sprawny ruch — Uzumaki, już był pod nim, przytrzymany za ramię w profesjonalnym uścisku. Zapewne niekomfortowym, kiedy kolanem brunet napierał na pobudzone krocze.

— Czyżbyś odzyskiwał siły? — parsknął Lis, ale widać było po jego spojrzeniu, błysku w tych niebieskich, kuszących oczach, że w istocie mu się to podoba.

— Nie zapominaj, Uzumaki, z kim masz do czynienia — rzekł ochrypłym, niemalże na pograniczu wrogości głosem. Choć równocześnie starał się wdrążyć w to namiętne, seksowne nuty, które sprawiały, że każda kobieta była jego.

Na Uzumakim także musiało podziałać — kolejny ostry pocałunek, język trącący ten jego był tego dowodem. Oddech mu przyspieszył; czasami odrywał się od niego, by zaczerpnąć powietrza, a potem kontynuował to, co przerwał. Ręce zostały sprawnie oswobodzone, tym razem Naruto użył do tego wyszkolonego ruchu, choć właściwie Sasuke pozwolił mu na to, by w końcu silne dłonie znalazły się pod jego koszulką. Tak przyjemnie badające gorącą, płonącą skórę.

— Pamiętasz, co ci obiecałem? — zapytał Uchiha, nachylając się nad nim i zębami wgryzając w odsłoniętą szyję. Blondyn wygiął się w łuk, paznokciami wbijając do krwi w plecy drugiego mężczyzny.

— To na co, do cholery, czekasz? — ponaglił go, patrząc na niego zadziornie. Uchiha zawrzał wewnętrznie. Brutalnie zdarł z niego ciuchy, a potem zsunął z siebie spodnie wraz z bokserkami. Koszulka, już dawno postrzępiona, leżała na podłodze.

Nagi przystanął na chwilę nad blondynem. Obaj na siebie spoglądali. Szacowali swoje blizny, wiele z nich zadane przez siebie na wzajem. Patrzyli na poruszające się przy każdym głębszym oddechu mięśnie. Na swoje pobudzone męskości. A potem znowu skrzyżowali wzrok. Intensywne tęczówki, lśniące, tak bardzo chłonące te drugie.

To zabawne, że nawet w łóżku Uchiha czuł się, jakby toczył pojedynek na śmierć i życie. Było tylko tu i teraz. Drgnął, po czym powoli, nie śpiesząc się, odnalazł odbyt Naruto i wsunął palec do środka.

Było ciasno i cholernie mu się to podobało. Sasuke nadal wyczuwał swoje bolące rany, dlatego niemo rzekł do Naruto "nie będę delikatny", zaś Uzumaki spojrzeniem odpowiadał "na co czekasz?".

I wszedł w niego jednym, precyzyjnym ruchem. Uzumaki jednak tylko przymknął oczy, sapnął. Raczej z bólu niźli przyjemności, acz już po chwili wpełzał na jego wargi perfidny uśmiech, oznaczający, że z nim Uchiha nie wygra.

Sasuke zerknął na unoszący się, dalej niesamowicie twardy penis Uzumakiego. Zawsze wiedział, że ten miał zapędy masochistycznie. Zresztą względem siebie obaj byli chorzy, ale czego można się było spodziewać po płatnych zabójcach?

Poruszył się raz jeszcze, próbując trafić w konkretny punkt w ciele blondyna. Głośniejsze sapnięcie powiedziało mu, że i owszem, udało się.

Potem stałym rytmem go posuwał, czując pot pływający po swoim i jego ciele, mieszający się wzajemnie, skóra gorąca przy skórze. Penis wżynający się w biodro... paznokcie tworzące krwawe szlaki na jego plecach... i skrzypienie, obijającego się o ścianę, łóżka.

Nagle Uzumaki przyciągnął go mocniej do siebie, tak, że Sasuke całym swoim ciałem opadł na niego, acz nie przestał go rżnąć.

Usta blondyna znalazły się tuż przy jego uchu, tak że jeszcze wyraźniej mógł wyłapać podniecające pojękiwania. Jęki, które czuł aż w pachwinach.

— A teraz, Uchiha, słuchaj... — zaczął Naruto, w dalszym ciągu pod nim drżąc. I Uchiha, nie przestając się poruszać, słuchał.

piątek, 27 października 2017

NIEZNANY/ZNANY PRZECIWNIK

MISJA 09

"Wiedza to władza"

Joanna Chmielewska

Dźwięki klawiatury rozbrzmiewały w pomieszczeniu głuchym echem, a niebieskie światło dawało nikłą widoczność pośród trwających ciemności. Mimo tego skupiona twarz Uzumakiego była nad wyraz widoczna, padająca bowiem poświata uwydatniała jego ostre rysy twarzy i błękitne, lśniące teraz oczy. Dało się także zauważyć rozszerzone źrenice i usta ułożone w wąską kreskę — świadectwo tego, że nadal uparcie próbował przebrnąć przez zaporę.

Nie było łatwo. Nigdy nie było. Włamywanie się gdziekolwiek, do jakiegokolwiek systemu było niczym układanie puzzli; każdy element musiał zostać włożony w odpowiednie miejsce. Niemniej w tej grze nie wolno było pochwycić inny i wstawić go tam, gdzie być nie powinien. Wtedy bowiem zabawa się całkowicie kończyła, a Uzumaki zostałby odkryty jako niepowołany użytkownik. Albo co gorsza, mogli go zauważyć, nim choćby dostał się do środka.

Ryzyko było więc wielkie, ale prawdę powiedziawszy nic się nie równało z wtargnięciem do systemu Tsunade. Tamtej sprawie poświęcił aż trzy dni, by rozpracować luki w antywirusie i blokadach. I właściwie sukces mógł tez zawdzięczać Haruno, która przekazała mu płytę z tymże programem. Możliwe, że domyślała się, co planuje zrobić, ale nie powiedziała ani słowa. W razie czego, wiadomo, umywała ręce.

Naruto nagle drgnął, wyrwany z przemyśleń. Zmarszczył brwi, a potem jego prawy kącik ust lekko wygiął się ku górze.

Gdyby ktoś zajrzał mu przez ramię, mógł zobaczyć zielony, migający napis.

Succesful.

— Mam cię — szepnął do siebie.

***

Długie, gęste włosy opadały kaskadą na umięśnione, wyprostowane plecy. Sylwetkę miał szczupłą, acz dobrze zbudowaną — nie ulegało wątpliwości, że kiedy zachodziła potrzeba potrafił być zwinny jak nikt. Czarny garnitur, gdy przemierzał wąski korytarz, właśnie to wszystko podkreślał, a walizka w dłoni dodawała pełnego profesjonalizmu.

Popatrzył w prawo na sekretarkę, która natychmiast uniosła spojrzenie na leżące na blacie papiery. Potem umiejętnie rozejrzał się po holu.

Ani żywej duszy.

Zmarszczył brwi i od razu skierował się do właściwego gabinetu. Winda już po chwili zabrała go na trzecie piętro.

Drzwi otworzył z rozmachem. Widząc kobietę opartą o fotel, z wódką w ręce, natychmiast się odezwał swoim zimnym, przyprawiającym o dreszcze głosem:

— Nie było mnie cztery dni, co tutaj, do jasnej nędzy, się stało? I czemu wszyscy mnie unikają? Czekam na wyjaśnienia, Su, kochanie... — sarkazm zabrzmiał złowróżbnie, szczególnie wysyczany przez Węża.

Tsunade przymilnie się uśmiechnęła w odpowiedzi.

— Chcesz usłyszeć tę prawdziwą wersję, czy wolisz napić się wódki?

Wiadomo, że Orochimaru wolał napić się wódki.

***

Blondwłosa kobieta poruszyła się nieznacznie, oparłszy się o szarawą ścianę. To, co zwracało na nią uwagę, to nie tylko szelmowski, niedbały wyraz twarzy, czy bystre, niebieskie tęczówki, acz ubiór. Obcisły lateks przywierał do ciała, uwydatniając tym samym sporych rozmiarów biust. Do tego liczne tatuaże na rękach i niezapalony papieros w ustach jasno mówiły, z kim miało się do czynienia. Od czasu do czasu podrzucany nóż w dłoni tylko to potwierdzał.

— Dziwne, że jeszcze jej nie zabił — odezwała się nagle, w międzyczasie dalej bawiąc się ostrym narzędziem.

Druga kobieta od razu powędrowała wzrokiem do drzwi, za którymi nie tak dawno zniknął Wąż. Jej kalkulujące spojrzenie, jak zwykle było iście profesjonalne. Tak samo jak i strój, który na sobie miała. Garnitur doskonale pasował do osoby takiej jak Sakura Haruno.

Potem zielone oczy kobiety, ponownie utkwiły w Yamanace.

— Ma do niej słabość — zdecydowała oschłym tonem różowowłosa.

— Zdecydowanie ma do niej słabość. — Na usta Ino wdarł się szelmowski, zadziorny uśmiech. — Tsunade jest dla niego wyzwaniem.

— Ale są zupełnie różni — osądziła Haruno. Yamanaka w tym samym momencie złapała w locie nóż, po czym niemal w niedostrzegalnej dla ludzkich oczu szybkości schowała zza pasek spodni.

Następnie skrzyżowała wzrok z zielonymi, intensywnymi tęczówkami.

— Dlatego zabawa jest jeszcze lepsza — szepnęła, oblizując usta. — Dwa przeciwieństwa, przecież się przyciągają, nieprawdaż?

Blondynka płynnie poruszyła się, tak, że chwilę potem stała tuż naprzeciwko drugiej kobiety, dmuchając swoim oddechem wprost na jej usta, potem zaś — drażniąc ciepłym powietrzem płatek uszny.

— Tak, jak my.

Trzy sekundy. Tyle właśnie zajęło Haruno wykręcenie ręki Yamanaki, popchnięcie na przeciwległą ścianę i uwięzienie w brutalnym, silnym uścisku. Acz jej zimny, pozbawiony emocji wyraz twarzy trwał nieporuszony.

— Nie wiem, czy jesteś głupia, Yamanaka, czy szalona, ale z pewnością dążysz do autodestrukcji. — Ino tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Yamanaka w istocie posiadała coś ze swojego mistrza. Prawie wszyscy agenci, którzy znali różowowłosą, wiedzieli, że ta pełna perfekcji kobieta była naprawdę niebezpieczna, a zadzieranie z nią nie mogło być dobrym pomysłem. Ino też to wiedziała, tym bardziej się nie powstrzymywała. Szalona i nieprzewidywalna — właśnie taka była.

— Myślałam, że wspólne misje przybliżyły nas do siebie. — W pewnym sensie to, co właśnie powiedziała Ino było prawdą. Obie teraz współpracowały, jako partnerki, więc oczywiście musiały współdziałać. I o dziwo nawet nie źle im to szło, ale...

— Nadal cię nie lubię. — Haruno nie bawiła się w półsłówka, wiedząc, że z Ino trzeba było być konkretnym.

— A kto mówi o lubieniu? — szepnęła uwodzicielsko. — Tylko sam seks, kocie. Sam seks... A tak między nami, Haruno — jeszcze bardziej ściszyła głos — wiem co zrobiłaś. Pomoc zbiegowi to nie najlepszy pomysł...

Uścisk kobiety zelżał, właściwie już całkowicie wyswabadzając blondynkę. Yamanaka myślała, że wygrała to rozdanie, dopóki nie ujrzała dalej doskonałej maski na licu, a potem — nie poczuła pięknie wyprowadzonego prawego sierpowego i krwi w ustach.

— Będziesz milczeć — nakazała Sakura, by następnie ruszyć w stronę wyjścia. I nie było żadnego ale. W tych słowach kryło się ostrzeżenie.

Yamanaka patrzyła na sylwetkę Haruno, aż ta całkowicie nie zniknęła za zakrętem. Na twarzy blondynki dalej widać było radosny uśmieszek.

— Przepadłaś całkowicie, Ino — powiedziała do siebie.

***

Kiedy tylko Uchiha uniósł zaspane powieki, zobaczył na krześle obok siedzącego Uzumakiego. Ten właśnie teraz postukiwał palcami o stolik nocny, wybijając tylko sobie znany rytm. I wydawał się być zadowolony.

— Co masz? — zapytał od razu Sasuke, podciągając się do siadu.

— Sasori Akasuna, dwadzieścia cztery lata. W wieku szesnastu zadźgał jakąś staruszkę na ulicy i poszedł siedzieć do poprawczaka. Co dziwne, po paru miesiącach — uniewinniony.

— Madara — domyślił się Uchiha, przerywając na chwilę Uzumakiemu.

— Tak, tego właśnie się domyśliłem. Madara wyczyścił dzieciaka, a potem wychował pod własnym okiem. Zastąpił mu rodzinę, która była dość patologicznym przypadkiem. Ojciec i matka uzależnieni od narkotyków i alkoholu, podobno rok od uniewinnienia Sasoriego przedawkowali... — Uchiha wiedział do czego zmierza blondyn. Sasori prawdopodobnie sam wykończył rodziców.

— Ale to nie wszystko — kontynuował. — W poprawczaku był jeszcze z pewną dziewczynką. Nazywała się Konan. Prześwietliłem więc również i ją...

— I? — ponaglił Sasuke, marszcząc brwi. Naruto rzucił w jego stronę skrawek zdjęcia, a ten umiejętnie je pochwycił.

— Oto rezultaty — dokończył Naruto, wiedząc, że Uchiha przypatruje się smutnej, niebieskowłosej dziewczynce. I wie, wie, że ją także zabili tamtego dnia.

— On ją nienawidził — rzekł sucho i niczym we śnie Sasuke. Naruto nic nie rozumiejąc, tylko przechylił lekko głowę.

— Powiedział to pierwszego dnia. "Chciałem jej śmierci, ale nie tak." Nie zrozumiałem, co miał na myśli. Teraz wiem... Itachi niedawno mówił o Nagato. Facet był z nią w związku, więc z pewnością dlatego Sasori nienawidził oboje.

— Nienawidził Konan, ale także ją kochał. — Tym razem to Naruto zdecydował się podsumować zdobyte informacje.

— Więc zabiliśmy mu nie tylko przybranego ojca, ale i ukochaną — zaś Uchiha zakpił sucho, dalej nie spuszczając oczu z bladej, niezdrowej i z pewnością wychudzonej dziewczyny. Jej oczy zdawały się być jakieś dziwnie zgaszone.

Smutne?

Pogodzone z własnym losem?

— I dlatego pragnie naszej śmierci... — przyznał Uzumaki. 

Umierające?

poniedziałek, 9 października 2017

RZUT KOSTKĄ


MISJA 08

"Igraszka - to pojecie erotyczne. Każda gra jest zabawą w miłość."

Stefan Napierski


Sasori. Wypowiedziane imię zadźwięczało w uszach Naruto ze zdwojoną siłą. Odruchowo zmarszczył brwi i uniósł się na łokciu, przenosząc spojrzenie z sufitu na Uchihę.

— To powinno mi coś mówić? — zapytał.

Brunet potaknął.

— Przypomnij sobie dzień, w którym odbyła się konfrontacja z Madarą...

Uzumaki wytężył więc umysł. Odtworzył precyzyjnie scenę, na której odbywało się przedstawienie. Pamiętał, że wtedy wystarczyła jedna sekunda, jeden moment. Uchiha naprał na niego, przewrócił. A wtedy zaczęła się strzelanina. Seria kul, walka o przetrwanie. Bądź precyzyjny, nie daj się zabić.

Nie, nie to. Uzumaki poprawił siebie. Nie obchodziło go to, co się działo na pierwszym planie. Musi wkroczyć głębiej. Odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie wydarzenia działy się w tle, jakie twarze mu mignęły.

Co mówił Uchiha?

„Czerwone włosy, metr siedemdziesiąt osiem, szczupła sylwetka, ale umięśniona, lekko zgarbiony, nosi zielone soczewki, zadarty nos..."

Przyjmijmy, że nasz oprawca na tej scenie jest prawdziwy, nie ma soczewek. Podpasujmy twarze. 

Brązowe oczy, widoczna w nich złość. Burza krwistych włosów. To on, wtedy postrzelił Uchihę. To on...

— Już wiesz. — Nie było to pytanie, raczej krótkie podsumowanie. Uzumaki nie zaprzeczał. Drgnął tylko, niczym wyrwany ze snu.

— Musimy go odnaleźć. Prześwietlić — oświadczył nagle, podrywając się do siadu, acz nie całkowicie. Ręka bruneta mu na to nie pozwoliła.

Zdezorientowany Uzumaki popatrzył na pokaleczone lico drugiego agenta. Naruto oczywiście ogarnęło podenerwowanie na własne reakcje, bowiem nie chciał przyznać sam przed sobą, że ranny, cierpiący Uchiha robił wrażenie. Spierzchnięte usta,do tego lekko spuchnięte, zakrzepnięta krew na łuku brwiowym i to naćpane, narkotyzujące spojrzenie. Uścisk, co nie było wcale takim dziwnym, był cholernie mocny.

— Podobno marzyłeś, o spokojnym śnie. I łóżku — przypomniał blondyn. W jego głosie automatycznie pojawiła się chrypka.

— Czas przeszły. Teraz marzę zupełnie o czym innym — pociągnął go do siebie. Uzumaki nie miał wyboru, opadł na niego, dłonie kładąc po obu stronach jego głowy.

— Przyznaj, że masz słabość do mnie w takim wydaniu. Ile razy wyobrażałeś sobie, że to ty jesteś sprawcą mojego stanu? — szeptał mu bezczelnie do ucha, kusząc swoim oddechem i całym sobą. Naruto czuł przyjemne dreszcze na całym ciele i wiedział, wiedział, że to postanowienie, iż nie będzie się rżnął z Uchihą kiedykolwiek, właśnie teraz poszedł się pieprzyć.

— Nie będę delikatny — ostrzegł go Uzumaki, już ustami odnajdując szyję mężczyzny. Polizał bladą skórę, a potem wgryzł się w nią bezproblemowo, zostawiając ślad swojego uzębienia.

Krótkie jęknięcie Uchihy było niczym symfonia.

— A czy ktoś cię o to prosi? — Wargi odnalazły te drugie. Nie czekały na czyjkolwiek pozwolenie. Oba języki zaś brutalnie wdarły się do środka, zaczęły tańczyć, grać ze sobą w niebezpieczną, rozkoszną grę. W niej, pomyślał Naruto, potrafił się zatracić.

Ale, czyż nie potrafił się zatracić w całym brunecie? W jego czarnych ślepiach, które lśniły podnieceniem? W jego twardym, doskonałym ciele? W jego palcach, które właśnie teraz zaciskały się na jego tyłku?

Zaczęli się o siebie ocierać przez szorstką fakturę jeansowych spodni. Wydawało się, że właśnie uprawiają seks. Każdy, kolejny ruch Uzumakiego, który nadawał rytm, był coraz mocniejszy. Łóżko skrzypiało i obijało się o przeciwległą ścianę. Nadzieja w tym, że nie mają tutaj sąsiadów.

Sapali sobie w prosto w usta, oczy wtenczas wzajemnie się pochłaniały. Byli tak blisko, połączeni, a jednak nie do końca. Ogarniała ich nienawiść do siebie, a może zupełnie coś innego... Wiadome było tylko to, że właśnie znowu zaczynali intrygującą, niebezpieczną rozygrywkę. Nie tylko z wrogiem, przeciwnikiem, ale także ze sobą nawzajem.

Błękitne tęczówki w tej chwili mówiły: „Jestem gotów, a ty?".

Odpowiedź była prosta.

„Zawsze."

W tym samym czasie doszli, nadal nie odrywając od siebie wzroku. Na ich ustach dostrzec można było kpiące uśmiechy.

***

— Poczekaj, gdzie chcesz szukać o nim informacji? Jedyne, co mamy to imię, a wszystkie akta w firmie zostały wyczyszczone przez samą szefową — mówił rzeczowo Uchiha, gdy Naruto rozsiadł się na krześle, przy niewielkim stoliku. Miał na niego idealny widok z łóżka, co wyraźnie mu pasowało.

— Pamiętaj, że kimkolwiek by nie był Sasori, pracował dla mafii. Konkretnie dla Madary. Na pewno nie miał czystej kartoteki...

— Och. — Uchiha natychmiast zrozumiał tok myślenia Uzumakiego. — O to ci chodzi. Nieważne jak Madara opłacał policję, nieważne czy miał tam swoich ludzi. Z policyjnych akt jednakże niewiele znika...

— Dokładnie — potwierdził Uzumaki. — Niestety, nim się włamię, to trochę potrwa...

— Będzie szybciej, niż zainfekowanie systemu naszej firmy? — dopytał rozbawiony Sasuke, po czym rozmarzonym tonem dodał: — Chciałbym zobaczyć minę Tsunadę, kiedy zrozumie, że odnalazłeś mnie, dzięki jej namiarom.

— Zdecydowanie — odpowiedź Naruto, co łatwo szło się domyślić, dotyczyła obu pytań.

***

Kakashi czuł, że coś się święci, gdy ich „transport" zaczął przechylać się gwałtownie w dół. I kierować wprost w środek jakiejś, cholera, dżungli. A z pewnością to nie było najbliższe arabskie lotnisko.

Wiatr uderzał z całą siłą w jego twarz, acz pilot nie wydawał się w żadnym razie przerażony. Ani tym, ani faktem, iż możliwe, że się rozbiją.

— Co się, do kurwy nędzy, dzieje?! — krzyknął Kakashi, na co nadeszła szybka odpowiedź:

— Benzyna nam się skończyła! Musimy lądować!

Z racji tego, że Hatake miał na co dzień stresujące sytuacje, nawet mięsień na twarzy mu nie drgnął. Chociaż w pewnym sensie szkoda, że tak to miało się skończyć. Planował bowiem zginąć chwalebnie w walce, na jakiejś niebezpiecznej misji... Nie z tym wariatem...

Przymknął oczy, gdy zbliżali się już do ziemi. Na pewno nie było możliwości, by przeżyć lądowanie pośród drzew i ich grubych korzeni.

Ale sekundę później, ku jego zdziwieniu, okazało się, że jednak się dało. Dało się również przeżyć. Ale cóż to za pociesznie, kiedy następne polecenie Suigetsu sprawiło, iż Kakashi tym razem żałował chęci przeżycia.

— Musimy iść na pieszo — oświadczył, jakby nigdy nic, białowłosy. Hatake w tym czasie już wyciągał nóż z zza pleców w najbardziej złych zamiarach... Gdyby nie maska, z pewnością można byłoby zobaczyć przymilny, sztuczny uśmiech i chęć zemsty w lewym oku.

— Co tak stoisz? — zapytał zdziwiony Sui. — Idziemy!

***

Sms, który właśnie dostał, był prosty, acz treściwy, bowiem użyto jedno słowo. Kontynuuj. Nie trzeba było więcej dla Itachiego. Jego beznamiętne oblicze skierowane na świecący nad miastem księżyc, nie zdradzało kompletnie niczego. Chociaż umysł pracował jak zawsze na najwyższych obrotach.

— Tsunade zawsze była konkretna. — Drugi głos rozbrzmiał tuż przy ścianie. Dopiero teraz można było ujrzeć stojącą w kącie kobiecą sylwetkę, na którą nie padało światło dobiegające zza okna. — Naprawdę wierzy, że go odnajdziesz? Wróg mógł go już przechwycić i zabić...

— Ciebie jakoś nie zabił... — zauważył Itachi, rzucając na bok telefon. Niemniej dalej na nią nie spojrzał. — Kurenai.

GRAMY DALEJ


MISJA 07

"Nawet lew wiedział, co robi, kiedy pokochał świętego Hieronima za to, że święty Hieronim wyjął mu z łapy cierń."

Sławomir Mrożek

— Masz. — Uzumaki gwałtownie wsiadł i rzucił folię z zakupionymi rzeczami w stronę Uchihy. Ten przysypiał, ale odruchowo pochwycił reklamówkę. Jego instynkt nadal był niezawodny.

— Co to? — zapytał, gdy blondyn już wycofywał samochód i jechał zapewne w kierunku określonego miejsca. Sasuke patrzył na jego skupioną, nieodgadnioną twarz niemal z podziwem. Niemal.

— Musimy cię zaszyć, więc się domyśl — odparł lekko, a potem prawą dłonią chwycił leżący koło biegów telefon. Sprawnie, nie zerkając, wpisywał jakiś numer. Uchiha nie znał go.

Po chwili nadusił zieloną słuchawkę.

— Chciałem wynająć to mieszkanie z ogłoszenia. Tak, przepraszam, że budzę i tak, wiem, że jest późna pora. Niemniej za dwa dni zapłacę z góry trzy tysiące. — Był konkretny. Nie dał sobie przerwać; mówił płynnie i bez zawahania.

Ku zdziwieniu Uchihy, odpowiedź wyraźnie była pozytywna, co poznał po delikatnym uśmieszku mężczyzny.

— Jesteśmy w Polsce — wyjaśnił Uzumaki, już odkładając telefon na miejsce.

Uchiha pokiwał głową. No cóż, faktycznie zapomniał o tym szczególe... tutaj niektórzy ludzie naprawdę potrafili pokroić się za tak nieznaczną sumę.

— Widzę, że jestem za tobą w tyle — zauważył rozbawiony Uchiha. — Nie ciesz się długo, partnerze.

— Korzystam, póki mogę z twojej... chwilowej... niedyspozycji. — Głos Uzumakiego pobrzmiewał chrypką, a oczy błyszczały wyzywająco. Tak, Naruto z pewnością odgrywał się za poprzednie wydarzenia. — Partnerze.

***

Chwilę potem Naruto zatrzymał się, by samochód pozostawić daleko od miejsca, w którym mieli się spotkać z kobietą od wynajmu. Wcześniej jednak Uzumaki nakazał Uchisze zgarbić się i zmienić chód. On sam również tak zrobił, naciągając na głowę kaptur, tym samym całkowicie zakrywając blond kosmyki.

— Mogę wiedzieć czemu jesteś ostrożniejszy bardziej, niż zwykle? — spytał szeptem Sasuke, próbując iść o własnych siłach. Czasami jednak drugi mężczyzna musiał go podtrzymać.

— Odpowiedź cię wyraźnie nie zadowoli, Uchiha — zapewnił go tajemniczo. Niestety, Sasuke tylko to bardziej podjudziło. Miał złe przeczucia.

— Dlaczego? — warknął, ale nie na tyle, by ktokolwiek przechodząc mógł ich usłyszeć. Nóż zaś musnął prawe biodro Naruto pod ubraniem, gdy ten go wtenczas obejmował. Okazał się to zwodniczy uścisk.

Nie zrobiło na nim to wrażenia. Choć, według Uchihy, powinno.

— Ponieważ — zaczął, jakby zapraszał go na herbatkę — poluje na mnie twój brat.

Uchiha w jednym, pieprzonym momencie zamarł. Na pewno nie spodziewał się tych słów.

— Jak to... mój brat? — Groźne nuty mogły przyprawić o przeraźliwe dreszcze, acz Uzumakiemu nawet brew nie drgnęła. W dalszym ciągu wydawał się niewzruszony i do szpiku kości opanowany.

— Ciii... — wyszeptał tuż koło jego ucha. — Potem porozmawiamy, partnerze.

Pogrywał sobie z nim i wyraźnie nie próbował tego ukryć. Ale Uchiha nie dał się sprowokować. Nie będzie grał tak, jak mu zagra blondyn. A przynajmniej nie zamierza.

Naruto nagle przystanął, przez co i Uchiha musiał się zatrzymać. Potem Uzumaki pozostawił go na chwilę i ruszył do pobliskiego, ozdobnego kwietnika.

Nie trwało długo nim zagłębił ręce, by wyciągnąć srebrną walizkę spod liści drzewka.

— Nie mów, że przewidziałeś... — zaczął Uchiha, acz suchy śmiech przerwał jego wywód.

— Przewidziałem? Nie, ale się zabezpieczyłem. Wiedziałem, że już nie wrócę do hotelu, bowiem — o ile mnie przeczucie nie myli — właśnie tam jest teraz Uchiha Itachi.

***

Itachi oparł się o blat stolika nocnego. Jego czarne ślepia wpatrywały się w ogromne okno umieszczone naprzeciwko. Ciemna noc i światła w okolicznych apartamentowcach malowały się za nim.

— Szefowo. — Suchy, pozbawiony jakiejkolwiek emocji głos odbił się echem od czterech, białych ścian.

— Tak, Itachi?

— Lis zniknął.

Brunet nie czekał na głośną litanię przekleństw, a po prostu się rozłączył.

A następnie jego prawy kącik ust lekko zadrżał. Choć mogło to być tylko złudzenie...

***

Kobieta, która stała przed nimi, mogła mieć ponad trzydzieści lat, góra trzydzieści pięć. Wyglądała na zmęczoną, ale nie było co się dziwić — Uzumaki ją swoim telefonem obudził. Widocznie nawet nie zdążyła się porządnie ubrać, ponieważ miała na sobie długą halkę.

— Klucze — powiedziała, wyciągając w ich stronę jeden jego odpowiednik; drugi zaś na powrót schowała do kieszeni.

Naruto natychmiast odebrał najważniejszą rzecz, po czym sam wręczył jej spory plik banknotów. Nie było obaw, po samej objętości, że znajduje się w tym trzy tysiące polskich złotych.

Kilka sekund później kobieta bez słów ruszyła w dół schodów, pozostawiając ich na klatce. Obaj więc odkluczyli drzwi wynajętego pokoju i weszli do środka.

Z początku otaczała ich ciemność, ale, gdy tylko Naruto zapalił włącznik, światło lampy rozświetliło pomieszczenie.

Nie było to oszołamiające, zadbane mieszkanie, acz dało się w tym funkcjonować.

Niewielka kuchenka w rogu, obok stolik i dwa krzesła. Dalej, połączona z kuchnią sypialnia, a raczej jedno, duże łóżko. Po bokach komoda na ciuchy, a na podłodze leżący czerwony, starty dywan. Ściany natomiast miały odcień wyblakłego różu.

Naruto dopiero po chwili ujrzał po swojej prawej stronie białe, wąskie drzwi prowadzące zapewne do łazienki. Ale to wszystko mało go obchodziło. Spojrzenie powróciło do Uchihy, a oczy natychmiast się zmrużyły.

Zatrzasnął drzwi jedną dłonią, odłożył walizkę na ziemię i nadal nie przerwał kontaktu wzrokowego.

— No, a teraz powiedz, w jak bardzo złym stanie jesteś? — rzekł Uzumaki całkiem poważnym tonem.

— Och, bardzo dobrze wiesz w jak bardzo złym stanie jestem — odparł bezczelnie, choć widać było, że ledwo utrzymuje się w pionie. Rana nad brwią ponownie się rozwarła i zalała lewe lico.

— Pokaż to — nakazał Naruto, a Uchiha nie oponował, dobrze rozumiejąc, co ma na myśli. Rozpiął więc koszulkę odsłaniając, nie tylko czarne sińce, ale także ogromną, ropniejącą ranę, ciągnącą się od skrawka obojczyka do pępka i zapewne zadaną od noża.

Uzumaki prychnął kpiąco i wyciągnął z ręklamówki sterylną igłę od razu już z nawlekaną nicią chirurgiczną. Potem niedbale rzucił opakowanie gdzieś na podłogę, podchodząc do Uchihy i klękając przed nim.

Zerknął do góry na czarne, intensywne tęczówki, które wpatrywały się w niego z tym błyskiem. I nawet na chwilę nie przestały, kiedy niemalże brutalnie wbił igłę w umięśniony brzuch Sasuke.

Musiało boleć, ale brunet nie zdradził się. Zresztą sam Naruto na własnej skórze wiedział, że istniał o wiele gorszy ból. I kilkuletnie szkolenie, któremu poddano go, gdy był gówniarzem, nauczyło przyswajać każdy z nich. Sasuke również musiał nie być oszczędzany przez Orochimaru, szczególnie, iż był jego pupilkiem. Tym bardziej Naruto nie bawił się w czułości.

Gdy wreszcie skończył, a trwało to z dobre pół godziny, powstał z klęczek i oświadczył:

— Ale smarować się maścią będziesz sam, Uchiha.

— Szkoda. Już myślałem, że mnie wspomożesz — zripostował, ale bez zbytniego zaangażowania. Może dlatego, że za chwilę przybrał na twarzy złowrogi wyraz, jakby ponownie zagłębiając się w nieprzyjemne myśli. — A teraz mów, Uzumaki, bo nie ręczę za siebie. W co się, kurwa, wpakowałeś?

Uchiha pomimo swojego stanu przyparł Uzumakiego do ściany, choć ten, gdyby tylko chciał, mógłby łatwo się wydostać spod jego ciała. Ranny, tak ranny Uchiha, nie stanowił wyzwania.

— Dlaczego wysłali mojego brata na ciebie? — warknął, a następnie dodał już trochę spokojniej:

— Co takiego zrobiłeś, że są tak wkurzeni? — Oczywiście nawiązał do agencji. Fakt faktem, że to Itachi wkroczył do akcji musiało coś oznaczać.

— Wysłałem Kakashiego do Arabii Saudyjskiej — odparł Naruto. — Choć oni o tym nie wiedzą. Do tego zainfekowałem komputer Tsunade. I ogólnie ruszyłem tobie na ratunek, ale tę część już znasz.

Sasuke zmarszczył brwi.

— Arabia Saudyjska? Czy to nie stamtąd pochodził ten twój kumpel, co w Neapolu próbował mnie sprzątnąć? — Sasuke szybko połapał istotę rzeczy. I to, że Kakashi długo nie wróci z tej nieoczekiwanej podróży...

W TYM SAMYM CZASIE. ARABIA SAUDYJSKA.

— Czy mi się wydaję, czy krążymy piąty raz nad tym samym miejscem?! — Kakashi próbował przekrzyczeń głośny dźwięk silnika, ale najwyraźniej marnie mu szło, ponieważ w odpowiedzi dostał tylko, krótkie: "Coś mówiłeś?!".

Nie pozostało mu nic innego niż z westchnieniem pokręcić głową.

***

Obaj położyli się do łóżka, obaj mając pod poduszką spluwy, ale tym razem nie z myślą o sobie nawzajem, a o wrogu, który z pewnością im nie przebaczy.

— Marzyłem przez kurewski miesiąc o miękkim materacu pod plecami i błogim śnie — stwierdził Sasuke. — Ale oczywiście nie mam na co liczyć, kiedy jestem wciąż w pracy, prawda?

— Taki nasz los, Uchiha. Zaczynaj — ponaglił go natychmiast, samemu także wpatrując się w ciemny sufit i czekając na dalsze wyjaśnienia z kim mieli do czynienia.

— Mówiłem już, że agencja zatuszowała, iż jeden człowiek Madary nie został zlikwidowany. Jak mniemam widziałeś już akta i wykreślone z nich nazwisko. Kiedy zacząłem szukać Kurenai, także bez pozwolenia Tsunade zajrzałem gdzieniegdzie. I także je odkryłem, wtedy jednak nie skojarzyłem wszystkiego od razu.

— Poczekaj... — przerwał mu zdezorientowany Naruto. — Nie powiedzieli ci...

— Nie — przyznał Sasuke. — Jedyne co wiedziałem to to, że od paru miesięcy znikają agenci i kolejną ofiarą była wyższą rangą Kurenai. Oczywiście powiedziano mi o wiadomości napastnika, ale nikt nie zdradził, że agencja wie z kim ma do czynienia.

— Nie dziwię się, że Orochimaru i Tsunade chcieli zachować w tajemnicy przetrwanie jednego z ludzi Madary i nie rozgrzebywać starych ran. I tak cudem wtedy rząd się nie dowiedział, co się dzieje. Teraz nie uszło by im to na sucho — stwierdził z niesmakiem Uzumaki, po czym dopytał — Kiedy się domyśliłeś?

— Wszystkie fakty nie połączyłem od razu. Dopiero po kilku dniach, patrząc w oczy napastnika zrozumiałem, że mieliśmy już styczność.

— Kto?

Chwila milczenia. Trudno było przewidzieć, czy Uchiha zechce w końcu zdradzić imię ich wroga. Ale, ku zaskoczeniu Naruto, ostatecznie powiedział jedno, znamienite słowo:

— Sasori.

INSTYNKT LISA


MISJA 06

"Gdyby lew słuchał lisa, zostałby oszustem."

William Blake

Trzy godziny wcześniej...

Uzumaki nadal znajdował się na chodniku, wśród przepychających się, gnających w swoją własną stronę ludzi. Ale nie patrzył na nich, a na błękitne niebo, jakby to one miało odpowiedzieć mu na nurtujące pytanie.

Gdzie jesteś, Uchiha?

Poczuł, że ktoś go popchnął, lecz nie zwrócił na to uwagi. Nawet nie obeszło go ostre przekleństwo, które padło w jego stronę. Był odizolowany od tego nieświadomego społeczeństwa. A i ono pozostawało na niego obojętne i niezwykle w tej kwestii naiwne. Bowiem ci ludzie nie wiedzieli, że właśnie mijają śmiertelne zagrożenie. Że wystarczy jeden ruch i któryś z nich mógłby paść martwy.

A umysł Naruto w tej właśnie chwili szalał. Analizował. Wszystko to przez mignięcie z pozoru nic nie znaczącej, przywieszonej na drzewie ulotki. Ulotki, która miała zachęcić do odwiedzenia najbliższego klubu.

Pomyślał, a nawet wyobraził sobie Kurenai. Musiała pewnie wychodzić z hotelu na zakupy i ją zobaczyć. Kurenai lubowała się w klubach oraz alkoholu, mimo swojej pracy. Zresztą dlatego była taka dobra w infiltrowaniu mafii. Tak, z pewnością ją ujrzała i właśnie tam poszła, dokładnie miesiąc temu. I już stamtąd nie wróciła, dodał.

Potem Uchiha przybył do tego hotelu, szukając informacji. Tego Uzumaki był bardziej niż pewien. Również brunet nic nie znalazł, tak jak on i wyszedł. Może zapalił, a wtedy dopiero ujrzał ulotkę. Pomyślał to, co Naruto. Że trzeba tam szukać odpowiedzi.

— I to wiele by wyjaśniało — szepnął do siebie na głos. W istocie musiał mieć rację. Ponieważ pytanie, dlaczego nikt nie zauważył zniknięcia dwójki osób, znalazło odpowiedź. Klub. Tłum spoconych, tańczących, niekiedy odurzonych ludzi. Czy ktokolwiek zauważyłby czyjekolwiek zniknięcie? A jeszcze kogoś, kto teoretycznie nie istniał?

— Nie — odparł twardo, już kierując swoje kroki w tym kierunku. Zaś klaun na przywieszonym plakacie dalej złowieszczo się uśmiechał.

***

Zmarszczył brwi, wchodząc do środka. Nie było tutaj ochrony, tym bardziej okoliczności przechwycenia Kurenai i Uchihy sprzyjały.

Ale czy na pewno? Ryzykowne było wyjście z nieprzytomnymi, ogłuszonymi lub... martwymi ludźmi. Nie, na pewno napastnik by tak nie zaryzykował.

Naruto ruszył dalej. Głośna muzyka już na wstępie uderzyła w niego, przyprawiając o mdłości. Chaos, jaki panował w tym miejscu, doprawdy nie dało się przyrównać do czegokolwiek.

W każdym razie był ostrożny — przedzierając się pomiędzy tańczącymi, spoconymi ciałami czujnie patrzył na każdego, potencjalnego wroga. Szukał, czy ktoś obserwował go w ten wyraźny, niepokojący sposób. Nic jednak nie przykuło jego uwagi.

Jakieś pijane kobiety uśmiechnęły się do niego, na co także odwzajemnił gest, ale ruszył dalej aż do blatu, za którym stał barman.

Facet był przeciętny gościem. Nie posiadał żadnych wytatuowanych rąk, czy ogolonych włosów. Właściwie wyglądał jak nastolatek, dorabiający sobie po szkole. Cóż, zapewne tak było.

— Coś podać? — zapytał, przeczesując brązowe włosy. Tego samego koloru oczy, wylądowały na Uzumakim, gdy tylko zasiadł na krześle.

— Whisky — odparł natychmiast i już po chwili dostał alkohol. Barman, tak jak przypuszczał, nie odszedł, zapewne czekając na zagadnięcie przez klienta.

— Od kiedy tu pracujesz? — zapytał z nieukrywanym zainteresowaniem Uzumaki. Chłopak wydawał się być zdziwiony pytaniem, ale szybko odparł:

— Trzy, cztery miesiące. A czemu?

— Codziennie? — kontynuował Naruto, ignorując wypowiedź szatyna.

Skinął głowę, acz uzupełnił:

— Ale w weekendy mam wolne. Inny gościu mnie zastępuje.

W tym momencie Naruto przeklął w duchu, lecz stwierdził, że i tak jest szansa, iż to chłopak wtedy miał zmianę. Dopytał więc:

— Miesiąc temu... — nachylił się bardziej i mówił szeptem — nie stało się nic, echem, niepokojącego?

Chłopak zmarszczył brwi, zupełnie zdezorientowany. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Miesiąc temu? Skąd ja ci, gościu będę wiedział... — zamilkł gwałtownie. Zmarszczka na jego głowie pogłębiła się nieznacznie. — Faktycznie coś dziwnego...

— Co? — ponaglił Uzumaki, mrużąc oczy. Nie miał zamiaru spędzić tutaj wieczności. Czas naglił, a i tak nie był pewien, w jakim stanie jest Uchiha. I czy jeszcze żyje.

— Bodajże miesiąc temu — zaczął wyjaśniać, wzrok wlepiając w lśniący od świateł kuli blat. Palcami od czasu do czasu stukał o stojącą koło niego, pustą szklankę. — był tutaj taki facet. Chyba brunet. I dał mi swój telefon na przetrzymanie. Iphone'a... — dodał, unosząc wzrok na blondyna. — Powiedział, że go odbierze, jak stąd wyjdzie, a jeżeli nie, to mam sobie go zatrzymać, czy jakoś tak. Zupełnie go nie zrozumiałem.

— Przyszedł?

— Nie — odparł chłopak.

Naruto nie potrzebował niczego więcej. Podziękował za whisky i pewnie skierował się do łazienki. Miał nadzieję, że jeszcze były tutaj jakieś inne drzwi, prowadzące do podziemi. Albo ukryte pokoje...

Szansa bowiem, że Uchiha nadal tutaj przebywał była doprawdy duża.

— Draniu, przygotowałeś się, co? — pomyślał kpiąco Naruto, acz w ogóle nie było mu do śmiechu.

***

— I potem mnie znalazłeś — dokończył za niego Uchiha. Właśnie zaparkowali koło jakiś starych, zabytkowych domów. Ludzie tylko od czasu do czasu przechadzali się, często napici, ponieważ już trwała godzina druga w nocy. Chłód przenikał miasto, tak samo jak ciemność.

— I potem cię znalazłem — przyznał Naruto, zerkając w jego stronę. Uchiha w ogóle nie wydawał się zadowolony całą opowieścią drugiego mężczyzny, co widać było po nieprzychylnej minie.

— Spodziewałeś się wielkiej strzelaniny i masy trupów? — zakpił, gasząc samochód.

Uchiha prychnął.

— Nie zabiłeś go, więc jakim cudem ci się udało? — zapytał, jakby samego siebie. Potem kątem oka z powrotem zerknął na blondyna. — Coś za łatwo ci poszło.

Naruto tego nie skomentował, zaś sprawnie zmienił temat:

— A ty? Dlaczego w swojej historii nie zawarłeś najważniejszej odpowiedzi? Jakim cudem cię schwytał? Jakim, pieprzonym cudem, jeden z najlepszych agentów został perfidnie schwytany w zastawioną sieć? — Naruto z każdą chwilą zbliżał się coraz bardziej do Uchihy. Jego usta niemalże z morderczą czułością muskały te opuchnięte i przekrwione drugiego mężczyzny.

— Rozkojarzenie — padła natychmiastowa, szybka odpowiedź.

A wygięta w kpinie prawa brew Lisa powiedziała mu, że domyśla się, cholera, jak to naprawdę było.

Miesiąc wcześniej...

Po tym, jak przezornie Uchiha zostawił telefon u barmana, skierował się na drugą stronę klubu. Jeszcze nic zaskakującego, czy niepokojącego nie ujrzał lub nie usłyszał. A potrzebował jakieś informacji.

Może z jakieś piętnaście minut później wśród tłumu ludzi zobaczył blond czuprynę. Tę blond czuprynę. A przynajmniej tak mu się zdawało.

Ponieważ pięć minut później, gdy ruszył za "Uzumakim" do łazienki, wiedział, że to nie on. A raczej dowiedział się po tym, jak odzyskał przytomność...

— Mniejsza z tym — orzekł Uchiha grobowym tonem. Prędzej sczeźnie niż przyzna się do popełnionego błędu. — Wróćmy do głównych wydarzeń. I do wyjaśnienia. Faktycznie zostawiłem telefon, ale myślałem, że przybędzie każdy inny agent od ciebie.

— Widocznie się pomyliłeś — sucho zaśmiał się Uzumaki. Potem gwałtownie zamilkł. Jego twarz napięła się dziwnie poważna i nieprzyjemna. Błękitne oczy pochłaniające Uchihę sprawiły, że zadrżał. Oto ponownie mógł ujrzeć prawdziwą, nieprzyjemną naturę Uzumakiego. Morderca, och czasami zupełnie zapominał z kim ma do czynienia.

— Kim on jest? — Groźne, chłodne nuty mogły zabić samym brzmieniem. Ale nie ruszyły Uchihy. Nieważne w jakim stanie, nie da sobą pomiatać. Wyprostował się, pomimo bólu i smaku, dalej cieknącej, krwi w ustach.

— Najpierw ty powiesz, w coś nas wpakował. I czemu cała agencja na ciebie poluje — ostrzegł go Sasuke. I chociaż miał w dłoniach nóż, który wyciągnął zza pasa Naruto, gdy ten go prowadził — o czym zapewne ten wiedział, czując na skórze brak narzędzia — tak naprawdę w tym momencie nie miał szans w ewentualnym starciu.

— Później — westchnął Uzumaki i niespodziewanie otworzył drzwi, by wyjść z auta.

Sasuke więc spokojnie schował nóż, a potem odchylił się wygodniej na siedzeniu, już w pełni wyluzowany. A przynajmniej na tyle ile potrafił taki być w zaistniałych okolicznościach.

— Czemu tutaj? — spytał, przymknąwszy oczy. Wiedział, że Naruto jeszcze nie odszedł, a stał w wyjściu. Zimny powiew dobiegał od tamtej strony, wprawiając w ruch czarne włosy Uchihy.

Mężczyzna nauczył się, że Naruto nie robił nic bez przyczyny. Gdy tutaj zaparkowali był pewien, iż nie dlatego, że Uzumakiemu zebrało się na pogadankę.

— Mają tutaj aptekę otwartą dwadzieścia cztery na dobę — oświadczył blondyn, a potem perfidnie zatrzasnął drzwi.

Kąciki ust Uchihy lekko drgnęły.

sobota, 23 września 2017

PANTERA W KLATCE

MISJA 05

"Czas to żarłoczna bestia — wszystkie szczegóły najchętniej pożera sam." 

Khaled Hosseini


— A nie widać? — zadrwił, zaciskając dłoń na ramieniu bruneta. — Ratuję ciebie, dupku.

Syk dotarł z opóźnieniem do uszu Uchihy, z tego względu, że zawirowało mu w głowie, gdy tylko Uzumaki pociągnął go do siebie.

— Wiesz... jak bardzo mamy przejebane? — wycharczał z ledwością, co Naruto łatwo spostrzegł. Niemniej wchodząc tutaj i tak spodziewał się najgorszego. Uchiha bądź co bądź nie wyglądał aż tak źle. Zresztą wszystkie kończyny miał na miejscu.

Brew Uzumakiego podeszła ku górze, a kąciki warg drgnęły w chłodnym, fałszywym uśmiechu.

— Przejebane? To za mało powiedziane... cała agencja na mnie poluje. — Ostatnie słowa zostały z premedytacją wyszeptane tak, aby Sasuke tego nie dosłyszał. Cóż, na nieszczęście Naruto, właśnie to brunet wychwycił z niezwykłą precyzją. I w jednym momencie opuchnięte powieki rozwarły się. Czarne oczy zaś zapłonęły niebezpiecznie.

— Co masz na myśli? — zapytał przez zaciśnięte zęby.

— Nie teraz — uprzedził Naruto, oglądając się za siebie. — Musimy stąd spierdalać. Dasz radę iść sam? — dopytał jeszcze.

— Nie. — Uchiha nie zamierzał kłamać, poza tym wiedział, że w tego typu problemach oszukiwanie partnera było najgorszą możliwością. Często kończyło się śmiercią, a on w takich okolicznościach nie planował finalizować swojej egzystencji.

Rudera, w której się znajdowali, w szczególności temu nie sprzyjała. Smród wymiocin i potu, oraz różnych szczyn... Tak, miał nadzieję, że zdoła jeszcze zobaczyć światło dnia i zmyć z siebie ten brud.

— Dobrze. — Pochwalił Naruto za prawdę i chwycił pod ramię mężczyznę, by razem z nim ruszyć do wyjścia. Oczywiście w drugiej dłoni trzymał przezornie broń.

Kiedy przechodzili przez próg, zmarszczył nos.

— Ale jedziesz — oświadczył, lecz dalej prowadził bruneta.

Uchiha zobaczył, że właśnie znajdują się w jakimś długim korytarzu, coś jakby tunelu. Ich kroki echem się odbijały od ścian; to z kolei niezbyt mu się podobało.

— A czego się spodziewałeś, że pachnę kwiatkami? — zironizował z typową dla siebie nonszalancją, acz tak naprawdę było to, jak w wypadku Naruto, udawane. Uchiha mógł wyczuć napięte ciało Uzumakiego w gotowości, oraz ujrzeć skupiony, ostrożny i badający otoczenie wzrok. On również w razie czego nie myślał, by siedzieć i patrzeć. Nawet w takim stanie był groźny. Wiedział, jak skutecznie zabić gołymi rękami...

— Jakby nie patrzeć myślałem, że pachniesz trupem.

Uchiha zerknął na niego kątem oka w zdziwieniu.

— To miał być żart? — sceptyzm pobrzmiewał w pytaniu, ale drugi agent wyraźnie nie miał ochoty odpowiadać. I tak nie miał czasu, właśnie otwierał kolejne drzwi. Wcześniej jednak ściągnął z siebie bluzę i narzucił na Sasuke.

— Nakładaj kaptur i schyl głowę. Udawaj pijanego — nakazał, a potem pociągnął ich w głąb ciemności, od czasu do czasu oświetlanej kulą dyskotekową.

Uchiha nawet nie zdążył choćby poruszyć ustami, a już faktycznie dostosowywał się odruchowo do polecenia Naruto. Przedzierał się przez tłumy imprezowiczów z myślą, że kurewsko wie, gdzie się znajdują. I cholera, chyba ktoś sobie z niego kpiny urządza.

— Ten skurwysyn cały czas mnie trzymał pod tym pierdolonym barem? — warknął, gdy w końcu wycofali się na tyły klubu i wybyli na zewnątrz.

Świeże powietrze uderzyło w Sasuke ze zdwojoną mocą, płuca zaciągnęły się porządnie, jakby nie miały tlenu przez dobrą chwilę.

Naruto nie odparł od razu, najpierw nieufnie spoglądał na niepozornych przechodniów, którzy od czasu do czasu rzucali im zdziwione spojrzenia. Ale co się dziwić, pomyślał Naruto, skoro dla zwykłego obywatela to na twarzy Uchihy chyba nie wyglądało tak normalnie.

— Mam nadzieję, że wiesz jak wygląda twój oprawca?

Uchiha skinął głową.

— Czerwone włosy, metr siedemdziesiąt osiem, szczupła sylwetka, ale umięśniona, lekko zgarbiony, nosi zielone soczewki, zadarty nos — wyrecytował pozbawionym emocji głosem.

— Widzę, że odrobiłeś lekcję — skomentował blondyn, po czym pociągnął ich w boczną uliczkę. Przy tym wybuchał śmiechem i chwiał się lekko, gdy tylko naprzeciwko wychodzili jacyś ludzie.

— Musimy szybko się stąd ulotnić, bo jeszcze ktoś zadzwoni na policję — wyjawił w którymś momencie. Uchiha przyznał mu rację, także tego się obawiał.

— Zameldowałem się w hotelu, ale nie możemy tam wrócić. Jestem poszukiwany, zresztą na ciebie poluje jakiś psychopata, więc — kontynuował sucho — pozostaje nam to...

Po chwili Uzumaki puścił Sasuke i pozostawił go na chodniku, by nie dając po sobie poznać oznak zdenerwowania, podejść do przypadkowego samochodu. I jak zwykle będąc przygotowanym na wszystko wysunąć z rękawa wsuwkę i otworzyć zgrabnie zamek.

Uśmiechnął się do siebie i gestem ponaglił bruneta. Już zaledwie po kilku sekundach obaj siedzieli w aucie, z tymże blondyn na miejscu kierowcy.

— Jak wychodziliśmy z baru, podpierdzieliłem jednej blondynce — wyjaśnił, rzuciwszy wsuwkę niedbale za tyły. — Jakbyś nie był tak opuchnięty, to byś wiedział.

Uzumaki sprawnie odpalił pojazd, ale nie odjechał od razu. Najpierw zacisnął dłonie z całej siły na kierownicy, a oczy utkwił w przedniej szybie, po czym zapytał:

— Powiedziałeś coś?

Uchiha prychnął niemalże ze złością. Wiedział, o co chodziło Naruto. Czy puścił parę z ust?

— Chyba kpisz. Dobrze wiesz, że jesteśmy przeszkoleni. Nic nie równa się z torturami Orochimaru, zresztą nawet CIA ma lepsze praktyki. Powiedzmy, że to była błahostka...

Jedno skinięcie głową. Chwila milczenia. Trochę potrwało nim Uzumaki wreszcie przemówił.

— Złamane?

— Nie. — Uchiha faktycznie nie miał żadnej kości złamanej. — Jestem tylko lekko poobijany.

— Da się zauważyć.

— Mniejsza z tym. Pytanie tylko jak, kurwa, mnie znalazłeś i jakim, kurwa, cudem jeszcze żyjesz?

— Kto cię porwał i dlaczego?

Oba pytania zostały wypowiedziane w tym samym momencie. Agenci zaś spoglądali na siebie z gniewem, równie nieugięci. Napięcie niemalże przelewało się pomiędzy nimi. Już nie było żartów. Mięśnie na twarzy Naruto napięły się w oczekiwaniu na informacje. Nie wiedział, w co się bawił i to w ogóle mu się nie podobało.

— I jak cię złapali? — Usta Uzumakiego poruszyły się niemal bezdźwięcznie z wymowną kpiną. To była ta chwila, w której wygrywał.

***

— Trzy miesiące wcześniej Kurenai została wycofana z misji, o czym zapewne wiesz, Uzumaki. Miała udać się na kliku tygodniowy urlop. Nie wiedząc czemu, wybrała sobie w tym względzie Polskę. Sądzę, że ma tu gdzieś swoją rodzinę, ale nie to jest teraz ważne.

— Miesiąc później — mówił dalej — straciliśmy z nią kontakt. Szefowie zapewne sądziliby, że chciała odejść, dlatego się ukryła, ale... — na moment przerwał, by zmrużyć kocie oczy. Dopiero potem w samochodzie znowu rozbrzmiał jego wibrujący, lekko zdarty głos. — W tym czasie kilku niższych stopniem agentów zaginęło w akcji. Niektórzy zostali zwracani, ledwo żywi, z pytaniem od napastnika "Gdzie Pantera i Lis?". W szczególności Tsunade była tym zaniepokojona, a Wąż musiał przyznać jej rację, gdy i w końcu nie mieli kontaktu od Kurenai.

— Oboje stwierdzili, że trzeba mnie wysłać, bym zbadał sytuację. Początkowo ty też miałeś być w to zamieszany, ale ostatecznie wszyscy uznali, iż lepiej nie ryzykować. Przecież o to chodziło naszemu nieznanemu wrogowi, nieprawdaż? No cóż, faktycznie okazało się to słusznie. Pewnie obaj byśmy już wtedy nie żyli.

Uchiha zaśmiał się sztucznie, na co Uzumakiemu zjeżyły się włoski na karku.

— Co masz na myśli? — podpytał blondyn, a Uchihy czarne ślepia zapłonęły niebezpiecznie.

— Bo on chce nas dwóch. Dlatego odcięto ciebie od całej afery, ponieważ wiedzieli, że gdy tylko coś wywęszysz ruszysz na ratunek. A to, iż ciebie nie miał, podtrzymywało moje życie. Więc, rozumiesz? — Uchiha nachylił się nad Naruto, naruszając jego przestrzeń osobistą. Zaś Uzumaki spoglądał na niego, niczym zahipnotyzowany. — Pragnie nas żywych, ponieważ sądzi, iż najbardziej będziemy cierpieć, patrząc na siebie w agonii. Tuż koło siebie, ramię w ramię, nie mogąc nic zrobić...

Nagle Uchiha wyprostował się z powrotem na siedzeniu, jego brwi zmarszczyły się.

— Ponieważ ten idiota ubzdurał sobie, że cokolwiek dla siebie znaczymy — dokończył. — Partnerze.

Ponowna kpina w słowach Uchihy, przywróciła Uzumakiego do rzeczywistości. Ocknął się, również będąc zdezorientowanym.

— Ale skoro tak to...

— Musi nas znać — przytaknął Sasuke, domyślając się gdzie myśli Naruto zmierzają. — Och tak, nie mylisz się, to równie zabawna historia. Zaczyna się na tajnej informacji i jednej, kurewsko małej pomyłce...

— Otóż... nie wszyscy ludzie Madary zostali zlikwidowani. — Uśmiech na krwawiących ustach Uchihy wydawał się być bardziej krwiożerczy, niż kiedykolwiek. — A nasza cudowna agencja...

—... postanowiła to zatuszować — znowu dopowiedział Naruto, wściekle zakląwszy pod nosem.

Sasuke nie czekał na przyswojenie tego wszystkiego przez drugiego mężczyznę. Nie było na to i tak czasu.

— No, a teraz ty, Uzumaki. Odpowiesz w końcu na pytanie, co ty tu, kurwa, robisz? — Wesoły ton w żadnym stopniu nie przypominał szczerego. Raczej ociekał jawną wrogością. Jawną, przerażającą wrogością.

— To też ciekawa historia... - zaczął.

DRUGIE ROZDANIE

MISJA 04


"Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód."

Paulo Coelho 


O dziwo Kakashi nie znajdował się w samym epicentrum pustyni. Uzumaki w rzeczywistości zostawił go tuż obok jakiegoś niewielkiego, arabskiego miasteczka. Widocznie nie miał zamiaru pozostawić go na śmierć, pomyślał szarowłosy, mocniej naciągając czarną chustę na twarz. Silne podmuchy wiatru naprawdę były nieprzyjemne w tutejszym klimacie.

Na całe szczęście nie wyróżniał się pośród tłumów ludzi, którzy przemierzali ulice w stronę rynku. Kupcy już zapewne od dobrych paru godzin trwali tam, czekając na nowych nabywców. Kakashi również podążył w tym kierunku. Z doświadczenia wiedział, iż te miejsca były bardzo przydatne w takich sytuacjach.

— Dobrze... bardzo dobrze — szepnął do siebie, już z daleka dostrzegając jakiegoś pilota stojącego obok niewielkiego płatowca.

Pewnie podszedł do mężczyzny, który jako jedyny wyróżniał się swoim ubiorem. Zamiast czerni posiadał brązowy odcień i szala, i spodni. Niemniej Kakashi nie zdawał się tym interesować. Coś innego natomiast zaprzątało jego umysł.

— Dzień dobry — zagadał po arabsku, na co nieznajomy zerknął w jego stronę zdziwiony. — Leci może pan w kierunku...

— Jesteś Amerykaninem — zauważył pilot w tym samym momencie, przechodząc płynnie na angielski. Uśmiechnął się, po czym dodał:

— Słychać po akcencie. I tak, właśnie się składa, że mam zamiar lecieć w stronę najbliższego portu lotniczego Abhy, bo, jak mniemam, chcesz się stąd wyrwać?

Cóż, prawdę mówiąc Kakashi nie był Amerykaninem a Brytyjczykiem, ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. 

— To długa historia — odparł po prostu Hatake.

— No to zbieramy się — oświadczył drugi, a następnie podał mu dłoń. — Suigetsu jestem.

— Kakashi.

Szarowłosy, nieświadomy co go czeka, odwzajemnił ten gest.

***

— I jak tam? — wyszeptał Uzumaki, opierając głowę o szybę pociągu. Słuchawka wisząca z prawego ucha w tym momencie również się trochę przechyliła, ale dalej była niewidoczna dla innych pasażerów.

Przez krótką chwilę trwała cisza, potem zaś rozbrzmiał cichy głos:

— Nic nie podejrzewa, tak jak mówiłeś.

Kącik ust blondyna nieznacznie drgnął na te słowa.

— Dobra robota, Sui.

Jedenaście godzin wcześniej...

Samolot sprawnie wylądował na pustynnym piasku. Suigetsu zgasił maszynę i ponaglił ruchem głowy blondwłosego mężczyznę, który odpiął nieprzytomnego Kakashiego, a potem wywlókł na zewnątrz.

Nie bawił się przy tym w czułości, wszystko wydawało się być przemyślne i beznamiętne.

— Niedługo się obudzi — oznajmił Naruto, ponownie siadając za pilotem. — Sui... jeszcze raz dzięki.

— Nie ma sprawy, zresztą ty pomogłeś mi wykończyć zabójcę Kiby, pamiętasz?

Chociaż białowłosy nie mógł tego dojrzeć, Uzumaki smutno się uśmiechnął. Wspomnienia martwego przyjaciela zalały jego umysł.

— Tak, misja w Rijadzie, jakbym mógł zapomnieć? To przecież tamtego dnia odszedłeś z agencji.

***

Pociąg gwałtownie stanął, a Naruto wybudził się z tego czujnego snu. Zresztą wcześniejszy, ponad dziewięciogodzinny lot z Arabii Saudyjskiej do Polski, go wykończył. Nie miał jednak możliwości odpocząć, a przynajmniej nie teraz.

Wysiadł więc na stacji Poznań i skierował się w stronę najbliższego hotelu. O ile wiedział, to tutaj urywał się ostatni trop Uchihy. Zdobycie tej informacji też, bądź co bądź, nie było łatwe, w szczególności, iż sam musiał zainfekować komputer szefowej. Nie mógł pakować w to Sakury.

Tsunade wbrew pozorom nie miała zapisanych wytycznych Uchihy w folderze „tajne". Nie, miała za to jedyne zdjęcie, które określało trasę, szybko więc zrozumiał, iż to właśnie namiary na Sasuke, a raczej jego ostatnie pojawienie się wśród żywych.

Problem w tym, że nadal nie posiadał żadnych źródeł na temat tego, jakie zostało mu przydzielone zadanie i czego szukał w Polsce. Ale nawet z brakiem tej wiedzy był świadom jednego — że Uchiha z pewnością odwiedził ich starą znajomą...

Pół godziny później sam stał przy blacie w recepcji odziany w drogi garnitur. 

— Przykro nam, ale pani Kurenai wymeldowała się miesiąc temu — orzekł recepcjonista, kiedy poprosił o zadzwonienie do kobiety. 

Naruto nie drgnęła choćby brew, zachował idealną maskę spokoju.

— Cóż, trudno. Innym razem odwiedzę kuzynkę — stwierdził z udawanym smutkiem. Jedyną oznaką zdenerwowania była zaciśnięta, prawa pięść.

Odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. Już w głowie kalkulując. Miesiąc temu wymeldowała się, chociaż Uzumaki był przekonany, iż brunetka sama mu oznajmiała o wakacyjnych, długich planach. Po ostatnim zleceniu, po którym ledwo wyrwała się z sideł mafijnych, chciała odpocząć.

A jej tutaj nie było... Czyżby o to właśnie chodziło? Miesiąc... Miesiąc temu Uchiha ruszył na misję i zniknął.

Przypadek?

— Tylko co teraz? — zapytał sam siebie, stojąc na środku ulicy i spoglądając w stronę błękitnego nieba. — Gdzie do cholery jesteś, Uchiha?

***

Itachi zmrużył oczy. Właśnie przed chwilą dostał cynka od znajomego i tak jak się spodziewał — Naruto już był w Polsce i rozgrzebywał sprawę. Ale dalej nie był pewien, jakie postępy poczynił. I czy był ostrożny...

Ostrożność, pomyślał, to teraz najważniejsze. Dla wszystkich z nich. Stawka bowiem była bardzo, bardzo wysoka.

— Czemu życie jest takie kruche?

Choć zadał pytanie, nie oczekiwał odpowiedzi.

***

Szmer dobiegający za drzwi sprawił, iż Sasuke natychmiast zagryzł zęby. Już się przygotowywał do dalszej zabawy z napastnikiem. Chociaż słowo „zabawa" nie było tutaj odpowiednie. Prędzej już nadawało się maltretowanie.

W końcu z głuchym echem metalowe wejście rozwarło się, a w mroku stanął postawny mężczyzna. Uchiha teraz nie potrafił dojrzeć cokolwiek przez opuchnięte i zalane krwią powieki. Ale nie musiał. I tak cała sytuacja, jak zwykle, była jasna.

Trzy kroki, nie, poprawka, cztery. Chwila na oddech i cios.

Cios, który nie padł.

Uchiha zmarszczył brwi, czując, że więzy poluźniają się, a czyjeś ciepłe dłonie zatapiają we krwi na licu. Potem spierzchnięte wargi delikatnie muskają te jego.

Brunet odchylił głowę i mocniej wytężył wzrok lewego oka. To było w lepszym stanie.

Zamazane, niebieskie tęczówki wystarczyły mu za każdą odpowiedź.

— Uzumaki, co ty tu, do kurwy nędzy, robisz? — wycharczał z furią.