sobota, 2 grudnia 2017

ZAMKNIĘCIE


MISJA 14

"Nikt nie może cofnąć się w czasie i napisać nowego początku, ale każdy może zacząć od dzisiaj i dopisać nowe zakończenie."

Maria Robinson

Groźne spojrzenie Orochimaru sprawiło, że wszyscy w jednym momencie zamarli. Nie uśmiechnął się, jak przypuszczał Uzumaki, a po prostu zmarszczył groźnie brwi, przeszywając go na wskroś. Gdyby jego wzrok mógł zabić, Lisa już dawno by tu nie było.

— Witaj, szefie — wtrącił na wpół rozbawiony Sasuke. Wąż nawet na niego nie zerknął, dalej uparcie wpatrując się w błękitne, pozbawione skruchy tęczówki.

— Nie wtrącaj się, Uchiha. Z tobą i tak porachuję się później — warknął ozięble. Potem wykonał trzy sprawne kroki.

Nim jednak dobył do blondyna w niezbyt dobrych zamiarach, poczuł dłoń na ramieniu. Tsunade przytrzymała go lekko, co sprawiło, że wszyscy mogli zobaczyć na jej palcu lśniący pierścionek z diamentem.

— Ja się nim zajmę — szepnęła mu do ucha i choć głos miała melodyjny, aż nazbyt słodki — nikt nie dał się nabrać. A w szczególności Lis. Po jego ciele odruchowo przeszły zimne dreszcze.

Wąż momentalnie wyprostował się, uspokoił i poprawił krawat garnituru. Tsunade wtenczas obejrzała się na wszystkich, aż w końcu jej spojrzenie wylądowało na leżącym, zasztyletowanym z zimną krwią, trupie.

— Oczywiście, teraz musimy sprzątać po was bałagan w Polsce — rzekła na głos, jakby do siebie. Jej twarz zdradzała zirytowanie. Machnęła dłonią, a tuż obok niej stanął jeden z agentów.

— Wezwijcie białe skafandry, niech się zjawią jak najszybciej mogą — rozkazała, mając na myśli tych podwładnych, którzy niekiedy musieli pozbywać się ofiar, tak, by nikt nic nie zauważył.

— Zrozumiano — odparł agent, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia. Jego głos już przemawiał przez podpięty głośnik.

— Sakura — kontynuowała Tsunade — liczę, że zajmiesz się monitoringiem w okolicy i zamieszkami.

— Oczywiście — blada twarz różowowłosej nawet na sekundę nie straciła swojej wyćwiczonej maski. Nim jednak gdziekolwiek ruszyła, głową skinęła do Sasuke.

— Dobrze cię widzieć, sukinsynie.

Dopiero potem odeszła, zapewne do służbowej ciężarówki, stojącej przed budynkiem.

— Chyba zaczyna cię lubić, po... — zakpił blondyn, który trwał tuż koło niego. Niemniej nie zdążył dokończyć, ponieważ w tej samej chwili ujrzał przed sobą szefową.

Tsunade, tak jak wcześniej Orochimaru, przypominała morderczą, przerażającą bestię. A zmrużone oczy i zaciśnięte w wąską linię usta, nie zapowidały niczego dobrego.

— Uzumaki, rozumiem, że specjalnie nas tu sprowadziłeś byśmy zajęli się tym wszystkim — wskazała na pomieszczenie —, ale jeżeli sądzisz, iż ujdzie ci to na sucho... jesteś w ogromnym, cholernym błędzie — niemalże wypluła w jego stronę. — A teraz mów, co tutaj się stało.

Naruto więc ponownie zaczął opowiadać. Oczywiście Tsunade nie była zachwycona historyjką, ani ich wyczynami.

— Rozumiem, że nie chciałeś w to mieszać agencji, ale nie zapominaj dla kogo pracujesz — podsumowała chłodno. Następnie drgnęła, jakby chcąc odejść, ale coś ją powstrzymało. Ponownie zmierzyła wzrokiem od stóp do głów Uzumakiego, zupełnie ignorując osobę Uchihy.

— I, do kurwy nędzy, sprowadź Kakashiego — nakazała.

***

Kurenai patrzyła na oddalające się plecy Tsunade z niezrozumieniem. Dopiero, gdy ta zniknęła w następnym pomieszczeniu, zapytała z zaintrygowaniem:

— Coś ty zrobił z Kakashim?

— No cóż, możliwe, że dzięki moim kontaktom wylądował w Arabii Saudyjskiej... — oświadczył blondyn, a na jego twarzy błąkał się uśmiech. Kurenai, tak jak przypuszczał, natychmiast wybuchła dźwięcznym śmiechem.

— On cię zabije — stwierdziła przez łzy. Sasuke przysłuchujący się temu potaknął.

— A tak właściwie zauważyliście to, co ja? — dodała, po tym jak się uspokoiła. Obaj zrozumieli, co ma na myśli.

— Widocznie Orochimaru musiał się jej oświadczyć... — Głos Sasuke był dziwnie ochrypły, gdy przemówił. Naruto w tym samym momencie skrzyżował z nim wzrok.

— Orochimaru kiedyś powiedział, że ożeni się tylko z kobietą, która zdoła go wykiwać — dodał brunet.

— Widocznie Tsunade musiała mu dać nieźle popalić — orzekła Kurenai.

***

Kisame przyglądał się temu całemu zamieszaniu z oddali, spokojnie oparty o ścianę, paląc papierosa. Właściwie bawiło go to wszystko, co tu się stało, a obserwowanie innych agentów stanowiło niejaki bonus. Powrót do wspomnień. Ile już lat nie pracował w tej branży? Sam nie umiał sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Niespodziewanie kątem oka dostrzegł ciemną sylwetkę, przystającą tuż obok. I właściwie nie był zdziwiony, gdy zrozumiał kto to.

— Wiedziałeś, że cię obserwuje — zagadał Kisame, chociaż to przecież Uchiha podszedł do niego. 

— Tak, wiedziałem — przyznał.

— Wykorzystałeś to.

To nie był wyrzut, raczej stwierdzenie, a drgnięcie, delikatnie drgnięcie warg bruneta, powiedziało mu, że jednak mężczyzna nie jest tylko beznamiętnym posągiem.

— Chcesz wrócić?

Kisame zamarł, a potem uniósł nieznacznie brew.

— Co masz na myśli?

— Chcesz wrócić do agencji i być moim partnerem? Nawet, jeżeli wiedziałem, że mnie śledziłeś, nie znaczy to, iż nie jesteś dobry — wyjaśnił Itachi, po raz pierwszy przemawiając do niego rzbudowanym zdaniem.

Alfa nie spodziewał się takiej propozycji, choć sam przed sobą przyznał, iż była to kusząca oferta. Tyle, że nie mógł tak po prostu na nią przystać. Nie tak pochopnie.

— Daj mi czas na przemyślenie. Odezwę się, jeżeli się zdecyduję.

***

Usta bruneta wylądowały na jego szyi. Zęby delikatnie musnęły skórę w tym miejscu, sprawiając, że się zaczerwieniła. Rękami mocno oplatał w talii Uzumakiego, którego tyłek wżynał się w pochyloną umywalkę.

Ich spodnie ocierały się o siebie, tak jak twarde penisy. Spojrzenia co rusz spotykały na drodze, oba równie gorące. Oddechy mieli już przyspieszone.

Naruto mocno palce wbijał w nagie przedramiona Uchihy. Sam nie był pewien, kiedy udało mu się ściągnąć z niego koszulkę, ale w tej chwili nie było to ważne.

— Uchiha, pospiesz się — ponaglił. Drugi mężczyzna o dziwo dostosował się i już był na dole, aby rozpiąć zamek Naruto. Gdy to uczynił, zadowolony orzekł, że ten nie miał pod spodem bielizny. Nie wiedząc czemu, naprawdę go to kręciło. Tak samo jak wulgarne słowa, niekiedy nawet groźby padające z ust Uzumakiego, kiedy pochłaniał w całości penisa, liżąc i ssąc naprzemiennie. Sam w tym czasie zaspokajał się ręką.

Doszli szybko, ponieważ w istocie nie mieli czasu. Dokładnie zostały dwie minuty, nim ich obiekt wyjdzie z restauracji. Z tego też powodu Sasuke ponownie nałożył białą koszulę, poprawił skórzane rękawiczki i przeczesał włosy. Uzumaki, już gotowy, przyglądał mu się uważnie, wciąż z tym erotycznym błyskiem w tęczówkach i nikłym uśmieszkiem.

— Minuta — oświadczył zwięźle. — Wiesz, że to nic nie zmienia Uchiha, prawda? Prędzej czy później cię zniszczę.

Naruto wydawał się być na wygranej pozycji. Sasuke prychnął rozbawiony, tuż za nim zatrzaskując drzwi toalety. To się jeszcze okaże, pomyślał.

***

Kakashi nie dowierzał. Nawet teraz, krocząc po posadzę w korytarzu agencji, rozmyślał nad tym, jak mógł nie zauważyć ukrytej butelki paliwa w samolocie Suigetsu. I tego, że ten sukinsyn sam odkręcił zawór...

Wdech, wydech. Nie daj się ponieść emocją, upomniał siebie. Potem zaś wtargnął wprost do gabinetu szefów.

W pomieszczeniu wyraźnie trwało ważne zebranie, bowiem przy długim stole nie tylko siedzieli Orochimaru i Tsunade, ale również wyżsi rangą agenci. Kakashi przeleciał wzrokiem po zebranych, by ostatecznie zatrzymać się na dwóch, pustych miejscach.

— Gdzie oni są? — zapytał cierpko. Wszyscy wydawali się być zdumieni, nie tyle co jego osobą, a czarnym odzieniem, które nadal miał na sobie.

Tsunade najszybciej doszła do siebie:

— Wysłałam ich do Arabii Saudyjskiej. Dostali misję obserwowania człowieka naszego klienta, z tego względu, że przez miesiąc zawiesiłam ich licencje na zabijanie...

Kakashi w istocie przestał słuchać na słowach o Arabii Saudyjskiej. Przysięgał, doprawdy przysięgał, że już więcej nie chce mieć nic wspólnego z tym przeklętym miejscem! I tym kretynem, co z nim podróżował!

***

Trzy miesiące później. Arabia Saudyjska; port lotniczy Abhy.

Dłoń z całej siły ściskała metalową walizkę. Spojrzenie nieufnie padało na przemieszczających się ludzi. A twarz była dziwnie napięta, jakby ów mężczyzna ledwo powstrzymywał się przed ucieczką.

Zrobił jeden krok. I ten jeden krok był jego decydującym — wtedy właśnie dostrzegł coś niepokojącego. A właściwie kogoś.

Tuż koło drzwi wejściowych machał do niego uśmiechnięty, dziwnie znajomy chłopak.

— Witaj, Kakashi! — Zrozumienie przyszło o sekundę za późno. Suigetsu już trwał naprzeciwko niego wyraźnie uradowany ze spotkania.

— Co masz taką minę? Nie mówili, że wkraczam z tobą do akcji?

Oczywiście, że nie powiedzieli. 

KONIEC TOMU II

ODKRYTE KARTY


MISJA 13

"Naucz się wstrzymywać zadawanie ciosów, aż będziesz mógł dosięgnąć przeciwnika."

Bruce Lee

Żeby wszystko dobrze zrozumieć, trzeba było cofnąć się do samego początku. Do momentu, w którym Naruto Uzumaki siedział na swoim skórzanym, czerwonym fotelu tuż przed kominkiem i rozmyślał nad krokami, które zamierzał podjąć. Wtedy właśnie, gdy na stole ułożył stos dokumentów, zrozumiał jedną rzecz. Jeżeli chce wygrać — nie może działać sam. Nic więc dziwnego, że po chwili trzymał telefon i wybierał numer.

— Tak? — Głos po drugiej stronie wydawał się wypruty z wszelakich emocji. Dziwnie pusty i może dlatego różnił się od tego Sasuke. Zresztą nauczył się, że Itachi Uchiha miał zupełnie inny charakter od swojego brata.

— Uważnie słuchaj tego, co powiem — zaznaczył, chociaż przypuszczał, iż Uchiha był osobą, która i tak zapamiętywała i kalkulowała każdą, najmniejszą rzecz. Mimo tego wolał nie ryzykować. — Sasuke został porwany, czego dowiesz się za parę dni od samej Tsunade. Przedstawi ci sytuacje, choć przypuszczam, że nie wyjawi najważniejszych szczegółów. Nakaże ci mnie powstrzymać przed ruszeniem na własną rękę w teren...

— Z jakiej przyczyny? — przerwał mu Itachi.

— Nie jestem pewien, ale wyraźnie zależy im, bym się w to nie mieszał — wyznał Uzumaki.

— Co w takim razie dalej?

— Dalej — zaczął blondyn — potulnie zaakceptujesz wytyczne, ale na moment stracisz mnie z oczu...

Chwila ciszy. Naruto mógł się założyć, że właśnie w tym momencie kącik ust agenta lekko unosił się do góry. Ale czy brunet mógł przystać na te warunki?

— Dlaczego sądzisz, że tak będzie? — dopytał, w istocie zainteresowany odpowiedzią.

— Ponieważ, jeżeli chcesz ujrzeć brata żywego, tylko ja mogę go sprowadzić.

Możliwe, że to pewność w głosie Lisa spowodowała, iż Itachi zgodził się, a może zupełnie czymś innym się wtedy kierował. Niemniej nie miało to znaczenia, nie, gdy Naruto usłyszał ciche, treściwe słowa:

— Dobrze. Będę z tobą w kontakcie.

Potem rozległo się tylko głośne "pip", oznaczające przerwaną rozmowę.

***

Itachi Uchiha miał teoretycznie nie wiedzieć, gdzie znajduje się Naruto. W rzeczywistości jednak trzymał go pod czujnym okiem. Nim jeszcze dotarł do Polski, jego znajomy go w tym zastępował.

Mimo wszystko nie zdziwił się, kiedy Uzumaki sam do niego napisał. Zaraz po spotkaniu z barmanem w barze. Treść smsa zawierała dokładnie te słowa:

"Barman, klub tuż obok mojego hotelu. Zielone soczewki, czerwone włosy. Śledź go."

Itachi nie miał żadnego problemu z odnalezieniem osoby, o którą chodziło Lisowi. Obserwacja zaś nieznajomego była doprawdy zabawnym obowiązkiem. A robota ta wbrew pozorom była banalnie prosta. Zresztą cóż to za wyczyn, gdy mężczyzna myślał, iż to on gra pierwsze skrzypce, a całe dnie spędzał na trzymaniu się Sasuke i Naruto, myśląc, że oni o tym nie wiedzą.

Itachi miał świadmość, że mógł go wykończyć. Ale nie taki był plan. Najpierw zamierzali dowiedzieć się, czy czasem czerwonowłosy nie posiadał jakich wspólników, lub informacji o agencji. Wtedy dopiero mogli sprzątnąć cały ten problem.

Następnie zaś przechwycił Kurenai. Jak to się stało?, mógłby ktoś zapytać. Ale, jeżeli widzisz mężczyznę wywlekającego z domu czyjeś ciało, potem jadącego do lasu i zostawiającego przywiązaną, poturbowaną kobietę do konaru drzewa, ty także idziesz w ślad za nim...

***

Znaczącym, a może najważniejszym momentem była chwila, w której Naruto sapał do ucha Sasuke, mówiąc o swoim planie. Gdy penis wdzierał się do jego wnętrza, jęki i odgłosy skrzypiącego łóżka zagłuszały wymawiane słowa, tak, by tylko Uchiha pozostał ich adresatem.

Nie trzeba było mówić, że są pod obserwacją. Tego sam Sasuke się domyślił, kiedy oświadczył, iż poszło im za prosto. A Naruto zmienił temat.

— Itachi jest... w Polsce... Mam z nim kontakt. Śledzi Sasoriego... Jutro... Jutro go dopadniemy... Wybawimy... Udam, że kontaktuję się... z agencją, wtedy... wszy... tko... z planem...

***

Trwali w sypialni, w której kotary okien szczelnie zostały zasłonięte. Itachi zrobił to, gdy tylko wynajął pokój. Od tamtej pory pozostały nienaruszone.

Teraz skinął ponaglająco głową, gdy melodia dzwonka rozbrzmiała z pobliskiej półki.

Tym razem to Kurenai odebrała.

— Sakura, powiedz szefom, żeby wysłali resztę agentów do Polski.

Kurenai parsknęła suchym śmiechem. Naruto jednak nie wyszedł ze swojej roli. Odczekał chwilę i znów rzekł:

— Tak, Uchiha żyje. Udało mi się go odbić, ale nadal Sasori się gdzieś ukrywa. Nie możemy go namierzyć...

— Skurwiel będzie błagał o litość — oświadczyła kobieta, tym razem mrożącym krew w żyłach tonem. Uzumaki, choć ją słyszał, nic nie odpowiedział. Nie musiał.

***

Wzrok Sasoriego mętniał z każdym, kolejnym słowem. Dłonie zaczęły drżeć. Twarz stała się jeszcze bledsza niż zwykle, a spierzchnięte usta miały ochotę krzyczeć. Czuł się niczym dziecko, które zostało przyłapane, nim chociażby coś zdobyło.

— Mam bombę! — nagle wykrzyknął i rozwarł poły płaszcza. Kurenai, stojąca w dalszym ciągu na balkonie, zaśmiała się szyderczo.

— Itachi — szepnęła słodko. Krwiste usta ułożyła w perfidny, zadziorny uśmieszek. Widać było, że tkwiła w swoim żywiole. I nawet siniaki ciągnące się od szyi do odkrytych ramion nie odbierały jej uroku. Naruto pomyślał, że naprawdę Sasori obrał sobie niewłaściwą osobę na cel.

Itachi na znak wyciągnął niewielki przedmiot. Pod wpływem cieni widać było tylko czerwony guzik, który natychmiast został przez niego naciśnięty. Sasori w pierwszej chwili nie zrozumiał, co się stało. Dopiero potem zerknął na podpięty do ciała licznik. Wyzerowany licznik.

— Zabiję was! Zabiję! — nim chociażby zdążył strzelić, Uchiha sprawnie i jakby od niechcenia zaatakował. Rozwarta dłoń trafiła wprost splot nerwowy Sasoriego, pozbawiając go tchu. Sasuke nie czekał na dojście do siebie czerwonowłosego, a po prostu po raz kolejny wyprowadził cios. Broń przeciwnika mimowolnie wypadła z ręki.

— Aha, i Itachi postarał się, żeby tuż koło szkoły wybuchła atrapa — dodał Uzumaki, patrząc na poczynania Sasuke.

Agent precyzyjnie podstawił nogę wrogowi, po czym przywalił mu pięścią w twarz, gdy ten znalazł się na ziemi. Krew zalała oblicze Sasoriego.

Brunet nachylał się nad nim z zimnym, wręcz lodowatym wzrokiem. Widząc przerażenie w brązowych oczach, uśmiechnął się, a potem powstał. Obrócił się do Naruto oraz stojących już teraz obok niego Itachiego i Kurenai. Swój wzrok zatrzymał jednak na kobiecie.

— Kurenai — rzekł z mocą. Kobieta zmrużyła zadowolona powieki i, na nic nie czekając, wyminęła Lisa, który podał jej swój nóż.

— Mi dwa razy powtarzać nie trzeba, złotko — oświadczyła, znajdując się prędko przy Sasorim.

— Pamiętasz, co ci powiedziałem? — zadał pytanie Sasuke, dalej trwając obok. — Kiedy stwierdziłeś, że mnie złamiesz, ja ci powiedziałem, że nim do tego dojdzie, będziesz już martwy... Teraz dotrzymuję obietnicy.

Na licu Sasoriego pojawił się cień zrozumienia, ale nie trwał długo — do czasu, aż Kurenai nie przejechała mu ostrzem po twarzy. Głuchy krzyk odbił się od ścian. To, co dalej robiła kobieta było doprawdy brutalnym obrazem, ale żadne z nich nie odwróciło wzroku, w ogóle nieporuszone. Takie spektakle mieli prawie codziennie.

Nagle główne drzwi biblioteki rozwarły się na oścież. Uzumaki odwrócił głowę w stronę przybyłych, których owlekało światło dostające się z zewnątrz.

Orochimaru oraz Tsunade, oboje odziani w ciasne garnitury i mający przy sobie nabite spluwy, wkroczyli dźwięcznym krokiem do środka. Za nim podążało trzynastu agentów — w tym i Sakura, i Ino.

— Czekaliśmy na was — oznajmił Naruto na wstępie, nie bawiąc się w uprzejme przywitanie.

TWÓJ RUCH


MISJA 12

"Musimy zaskoczyć przeciwnika i uchwycić moment jego bezradności."

Bruce Lee

Dżungla nie wydawała się mieć końca. Albo była tak wielka, jak pobliskie pustynie arabskie, albo — stwierdził Kakashi — znowu krążyli w kółko. I błądzili, a mężczyzna obok niego nie miał zakichanego pojęcia gdzie są oraz dokąd zmierzają. A nóż w dłoniach Kakashiego co rusz był wyciągany w morderczych zamiarach. Czego, oczywiście, uśmiechnięty Suigetsu nie widział, krocząc pogodnie dalej. I chyba od zabójstwa Hatake powstrzymywało tylko jedno — mianowicie to, że błąkałby się sam. A ta wersja brzmiała o wiele gorzej. Chociaż...

Zerknął kątem oka na podśpiewującego sobie gówniarza. Teraz tłuczka w samotności nie była takim złym wyjściem...

— W ogóle nadal wiesz, gdzie się znajdujemy? — po raz nie wiadomo który zapytał Kakashi.

— Oczywiście — szybka odpowiedź nie była zaskakująca. Taką dostawał od dwóch, pieprzonych dni. Wtenczas musieli zapolować na jakieś niepokojąco wyglądające stworzenie, rozpalić pieprzonego ognisko i przespać noc, budząc się wraz z ogromnym, jadowitym wężem. Tak, Kakashi śmiało mógł uznać tę podróż za podróż swojego życia.

Jeżeli dane mi będzie ujrzeć choć skrawek cywilizacji, przysięgam, nigdy więcej moja noga nie postanie w Arabii Saudyjskiej, obiecał sobie.

Jak na razie jednak nie zapowiadało się, żeby ten koszmar miał się kiedykolwiek skończyć. Wkurzony do granic możliwości rzucił nóż przed siebie.

Idący przed nim Suigetsu, nagle poderwał dłoń do góry i pochwycił ostrze. Obrócił się do niego w zdumieniu, jakby to, co zrobił było odruchem. Zaraz potem roześmiał się, ale w oczach wystających spod czerwonej chusty zalśnił jakiś niepokojący błysk.

Oddał mu ostry przedmiot, a wtedy właśnie Kakashi zrozumiał. Trzy sekundy później napierał na dzieciaka, przyciskając go brutalnie do wżynającej się kory drzewa.

— Byłeś agentem — warknął i doprawdy nie było to pytanie.

— Spokojnie — wystękał Sui, czując łokieć naciskający na gardło. Kakashi jednakże jeszcze mocniej na niego naparł. — Naruto... nie... mówił...

Kakashi zamarł. I dopiero po paru sekundach dotarło znaczenie tych słów. Po tym czasie wypuścił Suigetsu, który natychmiast opadł na trawę, łapiąc oddech. Ale nie przejmował się nim. Popatrzył wprost w niebo i krzyknął:

— Zabiję skurwiela!

***

Sasori sobie dobrze to przemyślał, stwierdził Uzumaki. Podłożył bombę, zapewne pod jakimś bankiem lub szkołą, odwrócił uwagę publiki, gdy oni w dzień szli za nim. Potulnie, niczym parszywe psy. Gdyby ktoś zapytał czemu, odpowiedź była banalnie prosta.

I wbrew pozorom nie chodziło o trzymającą przez niego broń, a o kolejny ładunek wybuchowy, który w każdej chwili mógł odpalić. Tym razem opatulił nim siebie, o czym przekonali się, gdy tylko odchylił poły płaszcza. Nie ulegało także wątpliwości, że czerwonowłosy podchodził pod szaleńca i pozostawał zdolny do wszystkiego.

Sasuke, ani Naruto nie dali po sobie poznać zdumienia, kiedy skierowali kroki w stronę biblioteki. Tabliczka na niej mówiła, że jest tymczasowo nieczynna z przyczyn remontowych, ale Sasori wyraźnie się tym nie przejął. Wyłamał zamek i ponaglił ich do środka.

Pomieszczenie owlekała nieprzyjemna, dusząca ciemność. Do tego dobył do nich zapach wyschniętych farb. A gdy jedno ze świateł się zapaliło, mieli tylko nikłą widoczność. Mimo tego i tak biblioteka robiła wrażenie. Liczne książki na półkach oraz poustawiane komputery na stołach z prawej strony zdawały się być nowe i drogie.

Tyle tylko, że w tej chwili nie było czym się zachwycać. Jedyne co teraz przykuwało ich uwagę to mężczyzna. I pytanie "Czy mogli wyjść stąd cało?".

W końcu zatrzymali się w czytelni i Sasori nakazał im usiąść, sam zaś stanął z boku. Na jego twarzy gościł suchy uśmiech, który wydawał się być nie na miejscu. Przyprawiał z pewnością o dreszcze.

— Kiedy zjawią się wasze posiłki? — zadał pytanie, przypominając sobie scenę, której był świadkiem.

Cztery godziny wcześniej...

Doczekał się. Uzumaki pochwycił telefon i wybrał nieznany numer. Miał ich na podsłuchu od kilku dni, więc nie stanowiło to dla niego problemu, by teraz usłyszeć każde wypowiedziane słowo.

— Sakura, powiedz szefom, żeby wysłali resztę agentów do Polski.

Chwila przerwy. Następnie dalsze słowa:

— Tak, Uchiha żyje. Udało mi się go odbić, ale nadal Sasori gdzieś się ukrywa. Nie możemy go namierzyć...

Drgnął wyrwany ze wspomnień. Swoje spojrzenie skierował na blondyna, który do niego przemówił:

— Jaki był twój plan? — ale zaraz potem poprawił się — Jaki jest twój plan?

Sasori zaczął się przechadzać po drewnianej podłodze, starając się dobrze dobierać słowa.

— Zacznę od tego, że nie byłem aż tak głupi, jak mój ojciec. — Sasuke w tym momencie skrzyżował wzrok z Uzumakim, który oznaczał tyle co "Miałeś rację, tak tytułuje Madarę" — Przeczekałem chwilę, by wasza agencja o mnie zapomniała. Z trudem zresztą udało mi się uciec i musiałem nieźle się postarać byście mnie nie namierzyli. Ale nie o tym chciałem mówić.

— Przemyślałem sobie wszystko. I zrozumiałem jedno — żeby dobrać się do góry, muszę dobrać się do was. Pamiętałem, że to właśnie wy zniszczyliście całe moje życie. Zabiliście moją ukochaną i odebraliście ojca — zacisnął lewą pięść z całą mocą. Uzumaki zobaczył krew na bladej cerze, ale powieka nawet mu nie drgnęła. Lewa dłoń dalej trzymała spluwę.

— Chciałem mieć was obu, ale to nie było takie proste. Nie wiedziałem, gdzie stacjonujecie, jakie macie misje. Znałem tylko wasze imiona i nazwiska, wiedziałem jak wyglądacie, ale przecież żadne z was teoretycznie nie istnieje... — gwałtownie odwrócił się. Jego płaszcz rozchylił się przy tym trochę, ukazując dalej tykającą bombę. — Zacząłem więc od pionków. To także nie było proste; znaleźć agenta pośród tylu cywilów. Ojciec jednak dobrze mnie przeszkolił. W końcu znalazłem paru z nich, a potem dobrałem się do waszej kochanej dziewczynki. — Obaj zrozumieli, że "dziewczynka" to Kurenai. W każdym razie nie skomentowali tego, słuchali dalej.

— I wtedy pojawiłeś się ty — wskazał na Uchihę palcem. — Faktycznie prosto poszło, w istocie sądziłem, że będziesz większym wyzwaniem... Niemniej musiałem cię mieć żywego. Wiedziałem, że martwy na nic się nie przydasz. Tryumf będzie dopiero, gdy dostanę was dwóch. Gdy zniszczę was dwóch — oczy zalśniły mu niebezpieczną furią. — Koniec końców, pomyślałem, ten cholerny blondyn zostanie wysłany. Wkroczy, by cię uratować. I nie pomyliłem się. Wkroczyłeś.

— A potem — kontynuował — pozwoliłem wam uciec, tak żebyście myśleli, że wam się to udało. Dalej was obserwowałem. Czekałem aż powiadomicie agencję. Aż przybędą posiłki, aby ujrzeć wasze szczątki i te nagranie, które dla nich zostawię — powiadomił. I wtedy agenci zrozumieli, że są nagrywani, a w tym miejscu nadejdzie ich finał. Doprawdy parszywy finał.

— Zamontowałem tutaj kamery — powiadomił ich jeszcze Sasori, potwierdzając przypuszczenia.

— A teraz jakieś ostatnie słowa? — Nie ukrywał swojego rozbawienia.

— Tak. Skończ gadać.

Sasori zesztywniał. Zmarszczył brwi, a dłoń z bronią mu drgnęła. Obaj agenci podążyli wzrokiem tam, gdzie zaraz potem spojrzał czerwonowłosy.

Na balkonie znajdywały się dwie sylwetki. Jedna kobiety, druga mężczyzny. Kiedy poruszyły się o krok do przodu, mógł ujrzeć czarne włosy i czerwone oczy Kurenai celującej prosto w niego. I zrozumiał, że to właśnie ona przemówiła.

— A teraz chcesz poznać naszą wersję wydarzeń? — zapytał przekornie Uzumaki, wstając z krzesła. I wyciągając nóż.

WYSOKA STAWKA


MISJA 11

"Najpiękniejsza ze wszystkich tajemnic: być geniuszem i tylko samemu o tym wiedzieć."

Mark Twain

Drzwi trzasnęły z głuchym echem. Blondynka siedząca przy biurku założyła nogę na nogę, wypuściła wolno dym z ust i w końcu odwróciła się do gościa. Palce na klawiaturze momentalnie znalazły się na blacie, odnajdując popielniczkę.

Orochimaru ze zmrużonymi oczyma patrzył jak jego podopieczna gasi papierosa.

— Co się sprowadza, szefie? — zapytała Yamanaka i choć starała się ukryć fakt istotnego zainteresowana, marnie jej to wyszło.

Mężczyzna mocniej zacisnął pięści, by po chwili gwałtownie je rozewrzeć. Następnie poluzował krawat, chcąc odzyskać swoje opanowanie.

— Kto pomógł Lisowi? — warknął, a raczej zasyczał przeciągając sylaby. Jego blade lico stężało w oczekiwaniu.

Ino, tak jak się spodziewał, udała zdziwioną. Zmarszczyła nawet czoło, ale Orochimaru był zbyt przebiegły by się nabrać. Zresztą sam nauczył Yamanakę tych sztuczek i nie miał zamiaru wpaść we własną sieć.

Poruszył się więc nieznacznie, ze swoją znaną gracją.

— Ponawiam pytanie — zaczął znowu, przystępując o krok. — Czego się dowiedziałaś?

Nie wiadomo jak, ale znalazł się tuż przy biurku kobiety. Ręce oparł na ułożonych papierach, nachylając się nad blatem. Teraz patrzyli na siebie w odległości nie większej niż pięć centymetrów. Ich spojrzenia były zacięte i pełne napięcia. Żadne z nich nie wydawało się być gotowym na zaznanie porażki w tej niemej potyczce. A jednak — prawa powieka Yamanaki drgnęła.

Nikły uśmiech zagościł na twarzy Węża, gdy tylko szpetne przekleństwo rozbrzmiało w pomieszczeniu.

— Kurwa.

Orochimaru wyprostował się zadowolony, ale nie czekał na dalsze słowa kobiety. Jedynie nakazał zdecydowanym, nie znoszącym sprzeciwu tonem:

— Mów.

Yamanaka westchnęła, acz jej błękitne tęczówki nikle zalśniły. Przekrzywiła głowę w kierunku przeszklonych ścian, gdzie widać było panoramę miasta. Niemniej kątem oka dalej zerkała na Orochimaru.

— Tak, jak wspomniałeś przed swoim wyjazdem, miałam oko na agentów i niepokojące wydarzenia. Cóż... gdy Uzumaki zniknął, o czym teoretycznie nie słyszałam — kącik ust dziewczyny powędrował do góry. Tsunade powinna być świadoma, że Orochimaru nie zachowa tego dla siebie, a wdrąży w to osoby trzecie, pomyślała. Widocznie ostatnie kłopoty uśpiły jej czujność na tyle, żeby niczego nie przypuszczała. — zaczęłam bardziej uważać na klika znaczących osób... Sakura Haruno to był mój pierwszy obiekt... — rzekła, unosząc sugestywnie brew.

Orochimaru przeczesał palcami swoje brązowe, długie włosy. Możliwe, że zrobił to bezwiednie, a może zupełnie celowo. Yamnaka nigdy nie była tego pewna.

— Jakie masz dowody? — padło kolejne suche pytanie.

Śmiech Ino nie zabrzmiał czysto, a zupełnie nieprzyjemnie, przez co Orochimaru natychmiast się skrzywił. Już wiedział, co usłyszy.

— Żadne. — W istocie miał rację. — Haruno to cholerna profesjonalistka. Tsunade biorąc ją na kwatermistrzyni agencji wiedziała, co robi.

— Nie tylko niezawodny umysł, ale też precyzyjna mobilnie — potwierdził Orochimaru. Ino w tym samym momencie przypomniała sobie o ostatnim naparciu przez różowowłosą. Nadal miała siniaka. — Tak, akurat tutaj Su się spisała. Niemniej skąd wiesz, że to ona?

— Strzelałam — wyjawiła Yamanaka niechętnie. — Ale trafnie, o czym uświadomiła mnie sama Haruno. Niestety, nawet teraz nic na nią nie mamy. Sakura wie, że szefowa nie uwierzy w takie rzeczy.

Zapadła cisza. Wydawało się, że Orochimaru nagle stracił zainteresowanie rozmową. Ino nie wiedziała, o czym rozmyślał, ale nie miała wątpliwości, że plan, który kształtował się w jego umyśle był jak zwykle genialny i doskonały w każdym calu.

— Musimy wiedzieć, co się dzieje. Jaka jest stawka — rzekł w końcu, odwracając się już w kierunku drzwi. — Wezwij alfę.

— A co z Haruno? — zapytała jeszcze, gdy drzwi już ponownie się otwierały.

— Jest tylko zbędnym pionkiem, a my potrzebujemy króla.

***

Była druga po południu, ale dziwnym trafem tłoku w małej kawiarence na przedmieściach nie było. Jak na tę godzinę, naprawdę trwał spokój. Mężczyzna więc mógł rozkoszować się piciem ciepłej herbaty i trwającą ów ciszą. Tylko przemiła, długonoga kelnerka czasami go zagadywała, ale to akurat nie był problem. Kisame właściwie cieszył się na taki stan rzeczy, szczególnie, że kobiety nawet nie odstraszył jego uśmiech — zaostrzone zęby, przypominające te rekinie — i soczewki, w których oczy jarzyły mu się dziwną szarością. Ale cóż... nieważne w jakim wydaniu, on zawsze prezentował się świetnie...

Nagłe, delikatne trzęsienie stołu przyciągnęło jego uwagę. Zaraz potem pochwycił leżący tuż obok filiżanki smartphone i odebrał, przykładając przedmiot tuż przy samym uchu.

— Cześć, ślicznotko — rzucił w tym samym momencie. Śmiech po drugiej stronie był oczekiwaną reakcją.

— Cześć, świrze — odrzekła kobieta, choć nie dało się nie zauważyć przyjemnych, melodyjnych nut. Choć zawsze twierdziła, że za nim nie przepada, Kisame znał prawdę. Ta laska wyraźnie miała do niego słabość. Zresztą co się dziwić — uczennica Węża z pewnością również musiała mieć w sobie nutkę szaleństwa.

— Jakiś nowy tatuaż? — zapytał z zaciekawieniem.

— Tak, "pieprz się" — zironizowała. — Ale nie po to dzwonię.

— Na pewno "pieprz się", a nie "pieprz mnie"? Bo z chęcią zastosowałbym się do polecenia — oświadczył z niezwykłą, udawaną powagą.

— I już byś nie miał czym zaliczać, rekinie. — Tym razem to Kisame parsknął, choć w istocie wiedział, że tak to mogło się skończyć. Bądź co bądź ta kobieta była prawdziwym zagrożeniem. — Szef kazał do ciebie przedzwonić — dodała, zmieniając ton. Zimny, suchy.

Z ust Kisame nie zszedł uśmiech, choć oczy zmrużyły się niebezpiecznie.

— Wiem, gdzie on jest. Nadal — odparł oszczędnie.

Orochimaru nigdy nie był głupi. I zawsze się zabezpieczał. Więc, gdy w ich szeregi wkroczył jeden z mafii zabitego Madary, sam Uchiha Itachi, nie do końca mu ufał, a nawet gdyby — i tak musiał mieć na niego oko. Różnie bywało, a agent, który raz zdradził, mógł to uczynić raz jeszcze. Nic więc dziwnego, że wynajął kogoś, kto miał mieć go pod stałą obserwacją. Zwany przez nich "alfa" cały czas strzegł Kruka.

— Dobrze. Ale wytyczne się zmieniają. Masz go prześwietlić. Jakie ma plany, co robi, z kim jest.

— Aktualnie, kocie, siedzi naprzeciwko mnie — szepnął Kisame, patrząc na przeciwległy stolik. Czarne oczy wlepiały się w niego, jakby będąc zupełnie puste. Ale trwało to sekundę. Jedną sekundę i Kisame musiał stwierdzić, że mężczyzna go o nic nie podejrzewał.

Dobrze, pomyślał, bardzo dobrze.

***

Pocałunek zaparł mu dech w klatce piersiowej. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale smak Uchihy — ten krwawy, uzależniający smak, przypominał mu o niebezpieczeństwie. O ciągłym zagrożeniu. W takich chwilach jak te, patrząc na bruneta, który czyścił swoją lufę pistoletu, uświadamiał sobie, że nadal ma do czynienia z Uchihą Sasuke. Sukinsyn, który jest zdolny do wszystkiego. I choć teraz stali po jednej stronie barykady, nie zawsze musiało tak być. I może faktycznie przez to wydawało się to tak kurewsko kuszące. Igranie z ogniem, igranie ze śmiercią, igranie... z Uchihą.

Naruto ponownie się nachylił i złączył ich wargi. Gdy białe zęby przygryzły mu język, a krew delikatnie trysnęła, mógł poczuć delikatny uśmieszek mężczyzny. Oderwał się z równym zadowoleniem i spod zmrużonych powiek dalej obserwował Sasuke. Ten jakby nigdy nic powrócił do przerywanej czynności.

Miał mocne, silne dłonie. Do tego niebywale sprawne, o czym zresztą i tak już wiedział. Niemniej robiło wrażenie to, co wyczyniał właśnie ze swoją bronią.

Naruto przeniósł wzrok jeszcze wyżej na bladą twarz, teraz naznaczoną przez siniaki. Minęły dwa dni w tej klitce, ale już opuchlizna zeszła, pozostawiając tylko zielono—żółte zabarwienia. Ale nawet w takim stanie, Sasuke prezentował się równie niedbale i seksownie. I wiadomo — sam miał tego świadomość.

— Pospiesz się — ponaglił go Uzumaki, opierając ręce na jego krześle. — Musimy się wydostać stąd jak najszybciej.

— To tylko fart, że Sasori nas jeszcze nie namierzył — potwierdził Uchiha, a jego głos był dziwnie przy tym ochrypły. Potem drgnął i w końcu odłożył na bok swój "skarb".

— A ty? Jesteś gotowy? — szepnął mu wprost do ucha, gdy tylko powstał z siedzenia. Dreszcz na ciele Naruto nie dało się ukryć.

— Jak najbardziej, Uchiha — odpowiedział równie bezczelnie. Uchylił usta, ale go nie pocałował. Obaj mieli przyspieszone oddechy, które na siebie nachodziły, dyszeli głośno, a ich wargi tylko delikatnie się muskały.

Dłonie Naruto wylądowały na białej koszuli bruneta. Pogładził jego dolne partie brzucha, czując intensywnie wyrzeźbione mięśnie. Czarne oczy dziko przy tym zalśniły, jednocześnie mówiąc, kto tu ma teraz władzę.

— Więc ruszamy — oświadczył nagle blondyn, odsuwając się od niego. Uchiha wyraźnie zdziwił się, choć zaraz potem ukrył swoją niechęć. Jeżeli myślisz, że ty tu rozdajesz karty, wyraźnie jesteś w błędzie, pomyślał Naruto.

Złowróżbne spojrzenie Uchihy powiedziało mu, że miał rację. Zresztą ostatnio często ją miał.

Kilka minut później obaj wychodzili z mieszkania szybkim tempem. Sprawnie uporali się ze schodami, a potem otworzyli drzwi klatki. Otworzyli je po to, aby koszmar mógł się spełnić.

Najpierw dobył ich huk, który wydawało się, że zatrząsł okolicą. Gdyby tylko spojrzeli w górę, na błękitne niebo, dostrzegliby dolatujący z pobliskiego budynku dym. A raczej kłęby, duszącego dymu. Ale nie zrobili tego, ponieważ właśnie teraz, pośród dolatujących do nich odgłosów paniki, patrzyli w brązowe tęczówki siedzącego na murku mężczyzny.

— Gdzieś się wybieracie? — zapytał Sasori, niespodziewanie kierując głowę w ich stronę.

***

Orochimaru z westchnieniem ulgi wszedł do swojego domu, a potem skierował się do pokoju gościnnego, gdzie miał zamiar rozpalić w kominku, usiąść w fotelu ze szklanką whisky i oddać się relaksowi po tym ciężkim, nerwowym dniu.

Cóż to było jednak za zdziwienie, gdy zapalił światło, a na siedzeniu ujrzał odzianą w długą, krwistą suknię Tsunade, która nogę miała założoną na nogę, a na ustach przywdziała perfidny, nie wróżący niczego dobrego uśmieszek.

Orochimaru odruchowo powędrował do kieszeni, gdzie trzymał swoją broń.

— A teraz, kochanie — przeciągnęła słowo, podkreślając kpinę — mów, co wiesz.

Tsunade delikatnie podciągnęła rozcięcie w sukni, gdzie Orochimaru zobaczył podpięty do niezwykle zgrabnego uda rewolwer. Wąż zagapił się na to o wiele dłużej niż powinien. Blondynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i w końcu zasłoniła atrakcyjny skrawek ciała. Orochimaru więc nie miał wyboru i musiał spojrzeć na pogrążoną w zadowoleniu twarz. Chwilowe jego rozkojarzenie, zaraz po tym zniknęło, zastąpione przez ponowny profesjonalizm.

Zmrużył gadzie oczy.

— Wykiwałaś mnie.

Perlisty śmiech dobił się echem od ścian.

— Och, Oro, wiesz kiedy ostatnio razem piliśmy? Kupę lat temu. A po tylu latach, wierz lub nie, organizm się przyzwyczaja — uświadomiła go przymilnie.

— Do czego dążyłaś, Su? — zapytał sucho.

— Domyśl się.

Orochimaru wytężył swój umysł. Nie trwało długo, nim doszedł do właściwych wniosków. I doprawdy mu się one nie spodobały.

— Wiedziałaś, że coś będę knuł na boku. Byłaś pewna, że mam gdzieś dojścia i w takiej sytuacji szybko dostanę się do źródła. A ty, zamiast bawić się, będziesz tylko czekać na informacje, które ja — podkreślił — uzyskam.

— Brawo. A teraz przejdź do rzeczy — ponagliła.

— Itachi Uchiha musi coś wiedzieć... — zaczął niechętnie, przysiadając się do kobiety.

sobota, 11 listopada 2017

NIECZYSTE ZAGRANIE

MISJA 10

"Mieszaj i zmieniaj swoje sparowania tak, by przeciwnik nie mógł ułożyć planu ataku." 

Bruce Lee

Zmarszczka na czole mężczyzny pogłębiła się. Dłoń trzymająca kieliszek drgnęła, acz po chwili — płynnie przechylała całą zawartość. Solidny łyk, język oblizujący spierzchnięte wargi i stuk szkła o blat stołu.

Zimne, kalkulujące oczy w dalszym razie jednak pozostawały trzeźwe. Tak samo jak i jego umysł. Zresztą Orochimaru zawsze miał mocną głowę i to nie ulegało wątpliwości.

— A teraz do rzeczy, Su — nakazał. Ton, którym przemówił brzmiał niczym syk. Ostrzegawczy, groźny syk. Tsunade poruszyła się niespokojnie na fotelu. Jej oczy błądziły po twarzy Węża, próbując uchwycić barwę jego tęczówek, ale w tym stanie były to daremne próby.

— Och, jak ja cię nienawidzę — szepnęła do siebie, sepleniąc. Orochimaru skrzywił się.

— Skończ z oczywistościami, kochanie — warknął, doprawdy tracąc już cierpliwość. Naprawdę uwielbiał potyczki słowne z Tsunade, ale nie po alkoholu. W szczególności w tym momencie, gdy przeczuwał, że nowiny nie są zbyt dobre. A trzeba było wiedzieć, że Wąż najbardziej nie lubił, kiedy nie był doinformowany albo kiedy coś szło nie po jego myśli. Zazwyczaj to on rozdawał karty, nie odwrotnie. — Gadaj.

— Uzumaki nas wykiwał. Straciliśmy kontakt z... Kakashim, ponadt—to Itachi zgu—ubił Lisa. Nie wiadomo, czy on lub Uchiha żyją. Czy są w sidłach tego sukin — Tsunade czknęła — syna... Czy udało im się... spie—przyć.

Nim Orochimaru pojął, o czym ta cholerna kobieta mówi — kieliszek w jego dłoni roztrzaskał się w mak, wbijając w szorstką skórę. Krew pociekła po ramieniu, aż do białej marynarki, brudząc materiał na szkarłat. Mężczyzna jednak nie wydawał się tego zauważyć.

— Do jasnej kurwy, Su, chcesz mi powiedzieć, że Uzumaki też zaginął?

— Tak, właśnie to chciałam ci powiedzieć, Oro — potaknęła zadowolona. — A teraz polej!

Tsunade nie zdążyła pochwycić swojego kieliszka, ponieważ Orochimaru poruszył się. Sekunda i blondynka rozwarła w szoku oczy. Pomiędzy jej palcem wskazującym a środkowym tkwił, wbity w stół, nóż.

Tsunade zdumiona uniosła wzrok na surowe oblicze mężczyzny.

— Och, zawsze pociągała mnie twoj—ja precyzja — orzekła z lekkim zachwytem na licu.

— Chybiłem — oświadczył grobowym tonem.

***

Pamiętał tamten piekielny dzień. Pamiętał jej umierające oczy pośród tylu innych. Był dym, zapach śmierci w powietrzu niemalże dusił. Krzyki, przelatujące wokół kule.

Nie wierzył, że Madara dał się tak im wykiwać. Z każdym słowem, kiedy jeszcze rozmawiali, on sam zaczynał nie dowierzać. Przeczuwał, jak to się skończy już wcześniej. Jak to może się skończyć. Ale w tamtym momencie to nie była ostateczność, bądź co bądź ich trwało w pomieszczeniu więcej — otaczali tych przeklętych agentów. Mieli ich na uwięzi. Niczym swoje własne, zlęknione ptaszki. Ptaszki w klatce, tak właśnie zwyczaj miał mawiać Madara.

Ale tak było tylko pozornie. W rzeczywistości to oni tkwili w pułapce, dokładnie przemyślanej pułapce. Każde kolejne zdanie było tylko przeciąganiem, odwracaniem ich uwagi. Czekaniem na zjawienie się posiłków. Posiłków gangu Temari. Ona też została w to wrobiona, ale do niej Sasori nie miał żalu. Rozumiał.

Wtedy także zrozumiał coś jeszcze. Mianowicie, że, gdy zginęła Konan, jego świat legł w gruzach. Nienawidził jej, nienawidził, obserwował z ukrycia, ona go natomiast ignorowała odkąd wybyli z tego cholernego poprawczaka. Poznała Nagato i już o nim zapomniała, ba!, nawet nie patrzyła w jego stronę, jakby nie wiedziała, że istnieje. Dziwka. Ale tę właśnie dziwkę kochał. Szalał na jej punkcie. Uwielbiał niebieskie, farbowane od najmłodszych lat włosy. Te smutne oczy. To z jaką łatwością potrafiła zadźgać człowieka...

Była jego niespełnionym marzeniem. I nieważne, że nie mógł jej mieć. Ważne, że teraz nie miał jej w ogóle. Była martwa! Nieżywa, zastrzelona od tak! Nikt za nią się nie obejrzał, nikt nie zauważył, że została trafiona. Oprócz niego, bo on zauważył.

Jego Konan, jego przyjaciółka...

Ale Sasoriemu nie tylko ona została brutalnie odebrana. Śmierć Madary była kolejnym powodem, dla które właśnie teraz zaciskał z całej siły spluwę w gotowości.

Jego mentor, jego ojciec...

I Sasori miał świadomość, kto za to odpowiadał. Cała ta cholerna agencja, ta, którą nie zdołał wykończyć Madara, ta, którą zamierzał wykończyć teraz on. Dokończyć dzieło mistrza.

Ale tym razem miał już nauczkę, wiedział, że trzeba wszystko zaplanować. Złapać ofiary i wykiwać je, by potem dopaść, kiedy najmniej będą się tego spodziewały. Pionki, wyeliminować pionki, ponieważ to one są źródłem problemu. To tak jak mrówki, które są zbędne bez swojej królowej. By ją unicestwić, w pierwszej kolejności trzeba pozbyć się ich. Zniszczyć. Zabić. Do tego z uśmiechem na ustach.

— Trzeba być cierpliwym — upomniał siebie i poluzował palec na spuście. Ale spojrzenie dalej przesuwało się po dwóch, trwających w pomieszczeniu mężczyznach.

***

— Więc co teraz robimy? Masz jakiś pomysł?

— Mam.

Usta Uzumakiego naparły na nadal lekko opuchnięte Uchihy. Agresywnie wbiły się w nie, ponownie raniąc. Smak krwi nie był niczym dziwnym, a raczej czymś naturalnym. Sasuke się już do niej niemal przyzwyczaił.

Pulsowało mu w głowię, czuł, że nadal szczęka promieniuje, ale nie miało to znaczenia. Nie w tym momencie. Przyjemność i umięśnione ciało nad nim wystarczyło w ramach rekompensaty. Nawet nie wiedział kiedy, ale został popchnięty do tyłu i opadł na poduszki. To była właśnie ta chwila, w której zapaliła się czerwona lampka.

Kącik ust drgnął ku górze. Jeden sprawny ruch — Uzumaki, już był pod nim, przytrzymany za ramię w profesjonalnym uścisku. Zapewne niekomfortowym, kiedy kolanem brunet napierał na pobudzone krocze.

— Czyżbyś odzyskiwał siły? — parsknął Lis, ale widać było po jego spojrzeniu, błysku w tych niebieskich, kuszących oczach, że w istocie mu się to podoba.

— Nie zapominaj, Uzumaki, z kim masz do czynienia — rzekł ochrypłym, niemalże na pograniczu wrogości głosem. Choć równocześnie starał się wdrążyć w to namiętne, seksowne nuty, które sprawiały, że każda kobieta była jego.

Na Uzumakim także musiało podziałać — kolejny ostry pocałunek, język trącący ten jego był tego dowodem. Oddech mu przyspieszył; czasami odrywał się od niego, by zaczerpnąć powietrza, a potem kontynuował to, co przerwał. Ręce zostały sprawnie oswobodzone, tym razem Naruto użył do tego wyszkolonego ruchu, choć właściwie Sasuke pozwolił mu na to, by w końcu silne dłonie znalazły się pod jego koszulką. Tak przyjemnie badające gorącą, płonącą skórę.

— Pamiętasz, co ci obiecałem? — zapytał Uchiha, nachylając się nad nim i zębami wgryzając w odsłoniętą szyję. Blondyn wygiął się w łuk, paznokciami wbijając do krwi w plecy drugiego mężczyzny.

— To na co, do cholery, czekasz? — ponaglił go, patrząc na niego zadziornie. Uchiha zawrzał wewnętrznie. Brutalnie zdarł z niego ciuchy, a potem zsunął z siebie spodnie wraz z bokserkami. Koszulka, już dawno postrzępiona, leżała na podłodze.

Nagi przystanął na chwilę nad blondynem. Obaj na siebie spoglądali. Szacowali swoje blizny, wiele z nich zadane przez siebie na wzajem. Patrzyli na poruszające się przy każdym głębszym oddechu mięśnie. Na swoje pobudzone męskości. A potem znowu skrzyżowali wzrok. Intensywne tęczówki, lśniące, tak bardzo chłonące te drugie.

To zabawne, że nawet w łóżku Uchiha czuł się, jakby toczył pojedynek na śmierć i życie. Było tylko tu i teraz. Drgnął, po czym powoli, nie śpiesząc się, odnalazł odbyt Naruto i wsunął palec do środka.

Było ciasno i cholernie mu się to podobało. Sasuke nadal wyczuwał swoje bolące rany, dlatego niemo rzekł do Naruto "nie będę delikatny", zaś Uzumaki spojrzeniem odpowiadał "na co czekasz?".

I wszedł w niego jednym, precyzyjnym ruchem. Uzumaki jednak tylko przymknął oczy, sapnął. Raczej z bólu niźli przyjemności, acz już po chwili wpełzał na jego wargi perfidny uśmiech, oznaczający, że z nim Uchiha nie wygra.

Sasuke zerknął na unoszący się, dalej niesamowicie twardy penis Uzumakiego. Zawsze wiedział, że ten miał zapędy masochistycznie. Zresztą względem siebie obaj byli chorzy, ale czego można się było spodziewać po płatnych zabójcach?

Poruszył się raz jeszcze, próbując trafić w konkretny punkt w ciele blondyna. Głośniejsze sapnięcie powiedziało mu, że i owszem, udało się.

Potem stałym rytmem go posuwał, czując pot pływający po swoim i jego ciele, mieszający się wzajemnie, skóra gorąca przy skórze. Penis wżynający się w biodro... paznokcie tworzące krwawe szlaki na jego plecach... i skrzypienie, obijającego się o ścianę, łóżka.

Nagle Uzumaki przyciągnął go mocniej do siebie, tak, że Sasuke całym swoim ciałem opadł na niego, acz nie przestał go rżnąć.

Usta blondyna znalazły się tuż przy jego uchu, tak że jeszcze wyraźniej mógł wyłapać podniecające pojękiwania. Jęki, które czuł aż w pachwinach.

— A teraz, Uchiha, słuchaj... — zaczął Naruto, w dalszym ciągu pod nim drżąc. I Uchiha, nie przestając się poruszać, słuchał.

piątek, 27 października 2017

NIEZNANY/ZNANY PRZECIWNIK

MISJA 09

"Wiedza to władza"

Joanna Chmielewska

Dźwięki klawiatury rozbrzmiewały w pomieszczeniu głuchym echem, a niebieskie światło dawało nikłą widoczność pośród trwających ciemności. Mimo tego skupiona twarz Uzumakiego była nad wyraz widoczna, padająca bowiem poświata uwydatniała jego ostre rysy twarzy i błękitne, lśniące teraz oczy. Dało się także zauważyć rozszerzone źrenice i usta ułożone w wąską kreskę — świadectwo tego, że nadal uparcie próbował przebrnąć przez zaporę.

Nie było łatwo. Nigdy nie było. Włamywanie się gdziekolwiek, do jakiegokolwiek systemu było niczym układanie puzzli; każdy element musiał zostać włożony w odpowiednie miejsce. Niemniej w tej grze nie wolno było pochwycić inny i wstawić go tam, gdzie być nie powinien. Wtedy bowiem zabawa się całkowicie kończyła, a Uzumaki zostałby odkryty jako niepowołany użytkownik. Albo co gorsza, mogli go zauważyć, nim choćby dostał się do środka.

Ryzyko było więc wielkie, ale prawdę powiedziawszy nic się nie równało z wtargnięciem do systemu Tsunade. Tamtej sprawie poświęcił aż trzy dni, by rozpracować luki w antywirusie i blokadach. I właściwie sukces mógł tez zawdzięczać Haruno, która przekazała mu płytę z tymże programem. Możliwe, że domyślała się, co planuje zrobić, ale nie powiedziała ani słowa. W razie czego, wiadomo, umywała ręce.

Naruto nagle drgnął, wyrwany z przemyśleń. Zmarszczył brwi, a potem jego prawy kącik ust lekko wygiął się ku górze.

Gdyby ktoś zajrzał mu przez ramię, mógł zobaczyć zielony, migający napis.

Succesful.

— Mam cię — szepnął do siebie.

***

Długie, gęste włosy opadały kaskadą na umięśnione, wyprostowane plecy. Sylwetkę miał szczupłą, acz dobrze zbudowaną — nie ulegało wątpliwości, że kiedy zachodziła potrzeba potrafił być zwinny jak nikt. Czarny garnitur, gdy przemierzał wąski korytarz, właśnie to wszystko podkreślał, a walizka w dłoni dodawała pełnego profesjonalizmu.

Popatrzył w prawo na sekretarkę, która natychmiast uniosła spojrzenie na leżące na blacie papiery. Potem umiejętnie rozejrzał się po holu.

Ani żywej duszy.

Zmarszczył brwi i od razu skierował się do właściwego gabinetu. Winda już po chwili zabrała go na trzecie piętro.

Drzwi otworzył z rozmachem. Widząc kobietę opartą o fotel, z wódką w ręce, natychmiast się odezwał swoim zimnym, przyprawiającym o dreszcze głosem:

— Nie było mnie cztery dni, co tutaj, do jasnej nędzy, się stało? I czemu wszyscy mnie unikają? Czekam na wyjaśnienia, Su, kochanie... — sarkazm zabrzmiał złowróżbnie, szczególnie wysyczany przez Węża.

Tsunade przymilnie się uśmiechnęła w odpowiedzi.

— Chcesz usłyszeć tę prawdziwą wersję, czy wolisz napić się wódki?

Wiadomo, że Orochimaru wolał napić się wódki.

***

Blondwłosa kobieta poruszyła się nieznacznie, oparłszy się o szarawą ścianę. To, co zwracało na nią uwagę, to nie tylko szelmowski, niedbały wyraz twarzy, czy bystre, niebieskie tęczówki, acz ubiór. Obcisły lateks przywierał do ciała, uwydatniając tym samym sporych rozmiarów biust. Do tego liczne tatuaże na rękach i niezapalony papieros w ustach jasno mówiły, z kim miało się do czynienia. Od czasu do czasu podrzucany nóż w dłoni tylko to potwierdzał.

— Dziwne, że jeszcze jej nie zabił — odezwała się nagle, w międzyczasie dalej bawiąc się ostrym narzędziem.

Druga kobieta od razu powędrowała wzrokiem do drzwi, za którymi nie tak dawno zniknął Wąż. Jej kalkulujące spojrzenie, jak zwykle było iście profesjonalne. Tak samo jak i strój, który na sobie miała. Garnitur doskonale pasował do osoby takiej jak Sakura Haruno.

Potem zielone oczy kobiety, ponownie utkwiły w Yamanace.

— Ma do niej słabość — zdecydowała oschłym tonem różowowłosa.

— Zdecydowanie ma do niej słabość. — Na usta Ino wdarł się szelmowski, zadziorny uśmiech. — Tsunade jest dla niego wyzwaniem.

— Ale są zupełnie różni — osądziła Haruno. Yamanaka w tym samym momencie złapała w locie nóż, po czym niemal w niedostrzegalnej dla ludzkich oczu szybkości schowała zza pasek spodni.

Następnie skrzyżowała wzrok z zielonymi, intensywnymi tęczówkami.

— Dlatego zabawa jest jeszcze lepsza — szepnęła, oblizując usta. — Dwa przeciwieństwa, przecież się przyciągają, nieprawdaż?

Blondynka płynnie poruszyła się, tak, że chwilę potem stała tuż naprzeciwko drugiej kobiety, dmuchając swoim oddechem wprost na jej usta, potem zaś — drażniąc ciepłym powietrzem płatek uszny.

— Tak, jak my.

Trzy sekundy. Tyle właśnie zajęło Haruno wykręcenie ręki Yamanaki, popchnięcie na przeciwległą ścianę i uwięzienie w brutalnym, silnym uścisku. Acz jej zimny, pozbawiony emocji wyraz twarzy trwał nieporuszony.

— Nie wiem, czy jesteś głupia, Yamanaka, czy szalona, ale z pewnością dążysz do autodestrukcji. — Ino tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Yamanaka w istocie posiadała coś ze swojego mistrza. Prawie wszyscy agenci, którzy znali różowowłosą, wiedzieli, że ta pełna perfekcji kobieta była naprawdę niebezpieczna, a zadzieranie z nią nie mogło być dobrym pomysłem. Ino też to wiedziała, tym bardziej się nie powstrzymywała. Szalona i nieprzewidywalna — właśnie taka była.

— Myślałam, że wspólne misje przybliżyły nas do siebie. — W pewnym sensie to, co właśnie powiedziała Ino było prawdą. Obie teraz współpracowały, jako partnerki, więc oczywiście musiały współdziałać. I o dziwo nawet nie źle im to szło, ale...

— Nadal cię nie lubię. — Haruno nie bawiła się w półsłówka, wiedząc, że z Ino trzeba było być konkretnym.

— A kto mówi o lubieniu? — szepnęła uwodzicielsko. — Tylko sam seks, kocie. Sam seks... A tak między nami, Haruno — jeszcze bardziej ściszyła głos — wiem co zrobiłaś. Pomoc zbiegowi to nie najlepszy pomysł...

Uścisk kobiety zelżał, właściwie już całkowicie wyswabadzając blondynkę. Yamanaka myślała, że wygrała to rozdanie, dopóki nie ujrzała dalej doskonałej maski na licu, a potem — nie poczuła pięknie wyprowadzonego prawego sierpowego i krwi w ustach.

— Będziesz milczeć — nakazała Sakura, by następnie ruszyć w stronę wyjścia. I nie było żadnego ale. W tych słowach kryło się ostrzeżenie.

Yamanaka patrzyła na sylwetkę Haruno, aż ta całkowicie nie zniknęła za zakrętem. Na twarzy blondynki dalej widać było radosny uśmieszek.

— Przepadłaś całkowicie, Ino — powiedziała do siebie.

***

Kiedy tylko Uchiha uniósł zaspane powieki, zobaczył na krześle obok siedzącego Uzumakiego. Ten właśnie teraz postukiwał palcami o stolik nocny, wybijając tylko sobie znany rytm. I wydawał się być zadowolony.

— Co masz? — zapytał od razu Sasuke, podciągając się do siadu.

— Sasori Akasuna, dwadzieścia cztery lata. W wieku szesnastu zadźgał jakąś staruszkę na ulicy i poszedł siedzieć do poprawczaka. Co dziwne, po paru miesiącach — uniewinniony.

— Madara — domyślił się Uchiha, przerywając na chwilę Uzumakiemu.

— Tak, tego właśnie się domyśliłem. Madara wyczyścił dzieciaka, a potem wychował pod własnym okiem. Zastąpił mu rodzinę, która była dość patologicznym przypadkiem. Ojciec i matka uzależnieni od narkotyków i alkoholu, podobno rok od uniewinnienia Sasoriego przedawkowali... — Uchiha wiedział do czego zmierza blondyn. Sasori prawdopodobnie sam wykończył rodziców.

— Ale to nie wszystko — kontynuował. — W poprawczaku był jeszcze z pewną dziewczynką. Nazywała się Konan. Prześwietliłem więc również i ją...

— I? — ponaglił Sasuke, marszcząc brwi. Naruto rzucił w jego stronę skrawek zdjęcia, a ten umiejętnie je pochwycił.

— Oto rezultaty — dokończył Naruto, wiedząc, że Uchiha przypatruje się smutnej, niebieskowłosej dziewczynce. I wie, wie, że ją także zabili tamtego dnia.

— On ją nienawidził — rzekł sucho i niczym we śnie Sasuke. Naruto nic nie rozumiejąc, tylko przechylił lekko głowę.

— Powiedział to pierwszego dnia. "Chciałem jej śmierci, ale nie tak." Nie zrozumiałem, co miał na myśli. Teraz wiem... Itachi niedawno mówił o Nagato. Facet był z nią w związku, więc z pewnością dlatego Sasori nienawidził oboje.

— Nienawidził Konan, ale także ją kochał. — Tym razem to Naruto zdecydował się podsumować zdobyte informacje.

— Więc zabiliśmy mu nie tylko przybranego ojca, ale i ukochaną — zaś Uchiha zakpił sucho, dalej nie spuszczając oczu z bladej, niezdrowej i z pewnością wychudzonej dziewczyny. Jej oczy zdawały się być jakieś dziwnie zgaszone.

Smutne?

Pogodzone z własnym losem?

— I dlatego pragnie naszej śmierci... — przyznał Uzumaki. 

Umierające?

poniedziałek, 9 października 2017

RZUT KOSTKĄ


MISJA 08

"Igraszka - to pojecie erotyczne. Każda gra jest zabawą w miłość."

Stefan Napierski


Sasori. Wypowiedziane imię zadźwięczało w uszach Naruto ze zdwojoną siłą. Odruchowo zmarszczył brwi i uniósł się na łokciu, przenosząc spojrzenie z sufitu na Uchihę.

— To powinno mi coś mówić? — zapytał.

Brunet potaknął.

— Przypomnij sobie dzień, w którym odbyła się konfrontacja z Madarą...

Uzumaki wytężył więc umysł. Odtworzył precyzyjnie scenę, na której odbywało się przedstawienie. Pamiętał, że wtedy wystarczyła jedna sekunda, jeden moment. Uchiha naprał na niego, przewrócił. A wtedy zaczęła się strzelanina. Seria kul, walka o przetrwanie. Bądź precyzyjny, nie daj się zabić.

Nie, nie to. Uzumaki poprawił siebie. Nie obchodziło go to, co się działo na pierwszym planie. Musi wkroczyć głębiej. Odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie wydarzenia działy się w tle, jakie twarze mu mignęły.

Co mówił Uchiha?

„Czerwone włosy, metr siedemdziesiąt osiem, szczupła sylwetka, ale umięśniona, lekko zgarbiony, nosi zielone soczewki, zadarty nos..."

Przyjmijmy, że nasz oprawca na tej scenie jest prawdziwy, nie ma soczewek. Podpasujmy twarze. 

Brązowe oczy, widoczna w nich złość. Burza krwistych włosów. To on, wtedy postrzelił Uchihę. To on...

— Już wiesz. — Nie było to pytanie, raczej krótkie podsumowanie. Uzumaki nie zaprzeczał. Drgnął tylko, niczym wyrwany ze snu.

— Musimy go odnaleźć. Prześwietlić — oświadczył nagle, podrywając się do siadu, acz nie całkowicie. Ręka bruneta mu na to nie pozwoliła.

Zdezorientowany Uzumaki popatrzył na pokaleczone lico drugiego agenta. Naruto oczywiście ogarnęło podenerwowanie na własne reakcje, bowiem nie chciał przyznać sam przed sobą, że ranny, cierpiący Uchiha robił wrażenie. Spierzchnięte usta,do tego lekko spuchnięte, zakrzepnięta krew na łuku brwiowym i to naćpane, narkotyzujące spojrzenie. Uścisk, co nie było wcale takim dziwnym, był cholernie mocny.

— Podobno marzyłeś, o spokojnym śnie. I łóżku — przypomniał blondyn. W jego głosie automatycznie pojawiła się chrypka.

— Czas przeszły. Teraz marzę zupełnie o czym innym — pociągnął go do siebie. Uzumaki nie miał wyboru, opadł na niego, dłonie kładąc po obu stronach jego głowy.

— Przyznaj, że masz słabość do mnie w takim wydaniu. Ile razy wyobrażałeś sobie, że to ty jesteś sprawcą mojego stanu? — szeptał mu bezczelnie do ucha, kusząc swoim oddechem i całym sobą. Naruto czuł przyjemne dreszcze na całym ciele i wiedział, wiedział, że to postanowienie, iż nie będzie się rżnął z Uchihą kiedykolwiek, właśnie teraz poszedł się pieprzyć.

— Nie będę delikatny — ostrzegł go Uzumaki, już ustami odnajdując szyję mężczyzny. Polizał bladą skórę, a potem wgryzł się w nią bezproblemowo, zostawiając ślad swojego uzębienia.

Krótkie jęknięcie Uchihy było niczym symfonia.

— A czy ktoś cię o to prosi? — Wargi odnalazły te drugie. Nie czekały na czyjkolwiek pozwolenie. Oba języki zaś brutalnie wdarły się do środka, zaczęły tańczyć, grać ze sobą w niebezpieczną, rozkoszną grę. W niej, pomyślał Naruto, potrafił się zatracić.

Ale, czyż nie potrafił się zatracić w całym brunecie? W jego czarnych ślepiach, które lśniły podnieceniem? W jego twardym, doskonałym ciele? W jego palcach, które właśnie teraz zaciskały się na jego tyłku?

Zaczęli się o siebie ocierać przez szorstką fakturę jeansowych spodni. Wydawało się, że właśnie uprawiają seks. Każdy, kolejny ruch Uzumakiego, który nadawał rytm, był coraz mocniejszy. Łóżko skrzypiało i obijało się o przeciwległą ścianę. Nadzieja w tym, że nie mają tutaj sąsiadów.

Sapali sobie w prosto w usta, oczy wtenczas wzajemnie się pochłaniały. Byli tak blisko, połączeni, a jednak nie do końca. Ogarniała ich nienawiść do siebie, a może zupełnie coś innego... Wiadome było tylko to, że właśnie znowu zaczynali intrygującą, niebezpieczną rozygrywkę. Nie tylko z wrogiem, przeciwnikiem, ale także ze sobą nawzajem.

Błękitne tęczówki w tej chwili mówiły: „Jestem gotów, a ty?".

Odpowiedź była prosta.

„Zawsze."

W tym samym czasie doszli, nadal nie odrywając od siebie wzroku. Na ich ustach dostrzec można było kpiące uśmiechy.

***

— Poczekaj, gdzie chcesz szukać o nim informacji? Jedyne, co mamy to imię, a wszystkie akta w firmie zostały wyczyszczone przez samą szefową — mówił rzeczowo Uchiha, gdy Naruto rozsiadł się na krześle, przy niewielkim stoliku. Miał na niego idealny widok z łóżka, co wyraźnie mu pasowało.

— Pamiętaj, że kimkolwiek by nie był Sasori, pracował dla mafii. Konkretnie dla Madary. Na pewno nie miał czystej kartoteki...

— Och. — Uchiha natychmiast zrozumiał tok myślenia Uzumakiego. — O to ci chodzi. Nieważne jak Madara opłacał policję, nieważne czy miał tam swoich ludzi. Z policyjnych akt jednakże niewiele znika...

— Dokładnie — potwierdził Uzumaki. — Niestety, nim się włamię, to trochę potrwa...

— Będzie szybciej, niż zainfekowanie systemu naszej firmy? — dopytał rozbawiony Sasuke, po czym rozmarzonym tonem dodał: — Chciałbym zobaczyć minę Tsunadę, kiedy zrozumie, że odnalazłeś mnie, dzięki jej namiarom.

— Zdecydowanie — odpowiedź Naruto, co łatwo szło się domyślić, dotyczyła obu pytań.

***

Kakashi czuł, że coś się święci, gdy ich „transport" zaczął przechylać się gwałtownie w dół. I kierować wprost w środek jakiejś, cholera, dżungli. A z pewnością to nie było najbliższe arabskie lotnisko.

Wiatr uderzał z całą siłą w jego twarz, acz pilot nie wydawał się w żadnym razie przerażony. Ani tym, ani faktem, iż możliwe, że się rozbiją.

— Co się, do kurwy nędzy, dzieje?! — krzyknął Kakashi, na co nadeszła szybka odpowiedź:

— Benzyna nam się skończyła! Musimy lądować!

Z racji tego, że Hatake miał na co dzień stresujące sytuacje, nawet mięsień na twarzy mu nie drgnął. Chociaż w pewnym sensie szkoda, że tak to miało się skończyć. Planował bowiem zginąć chwalebnie w walce, na jakiejś niebezpiecznej misji... Nie z tym wariatem...

Przymknął oczy, gdy zbliżali się już do ziemi. Na pewno nie było możliwości, by przeżyć lądowanie pośród drzew i ich grubych korzeni.

Ale sekundę później, ku jego zdziwieniu, okazało się, że jednak się dało. Dało się również przeżyć. Ale cóż to za pociesznie, kiedy następne polecenie Suigetsu sprawiło, iż Kakashi tym razem żałował chęci przeżycia.

— Musimy iść na pieszo — oświadczył, jakby nigdy nic, białowłosy. Hatake w tym czasie już wyciągał nóż z zza pleców w najbardziej złych zamiarach... Gdyby nie maska, z pewnością można byłoby zobaczyć przymilny, sztuczny uśmiech i chęć zemsty w lewym oku.

— Co tak stoisz? — zapytał zdziwiony Sui. — Idziemy!

***

Sms, który właśnie dostał, był prosty, acz treściwy, bowiem użyto jedno słowo. Kontynuuj. Nie trzeba było więcej dla Itachiego. Jego beznamiętne oblicze skierowane na świecący nad miastem księżyc, nie zdradzało kompletnie niczego. Chociaż umysł pracował jak zawsze na najwyższych obrotach.

— Tsunade zawsze była konkretna. — Drugi głos rozbrzmiał tuż przy ścianie. Dopiero teraz można było ujrzeć stojącą w kącie kobiecą sylwetkę, na którą nie padało światło dobiegające zza okna. — Naprawdę wierzy, że go odnajdziesz? Wróg mógł go już przechwycić i zabić...

— Ciebie jakoś nie zabił... — zauważył Itachi, rzucając na bok telefon. Niemniej dalej na nią nie spojrzał. — Kurenai.