środa, 6 września 2017

PIERWSZE ROZDANIE

MISJA 03

"Jeden stracony przyjaciel — to co najmniej stu wrogów więcej."

Władysław Grzeszczyk

Jedyne światło w pomieszczeniu dochodziło z licznych monitorów wiszących na ścianach. Obrazy na nich zaś ukazywały dwa pokoje, łazienkę i niewielką kuchnię. Jednakże tylko jedna z kamer interesowała Kakashiego. A konkretnie ta, w której widać było pochylonego nad biurkiem, blondwłosego mężczyznę.

Uzumaki przeglądał ze skupieniem stos teczek od szefowej. I szarowłosy, jak do tej pory, nie ujrzał w tym nic niepokojącego. Chociaż prawdę mówiąc zaczynał mu się nie podobać ten pozorny spokój. Naruto bowiem wypełniał akta od całych czterech godzin. A to z kolei wydawało się nie być już takie całkiem normalne...

Odpalił kolejnego papierosa w zadumie i zmrużył oczy, poprawiwszy się na krześle. Dalej obserwował z czujnością blondyna.

I, właśnie wtedy, ten poderwał z dziwną gwałtownością głowę do góry, wzrok kierując wprost w kamerę. Niebieskie oczy zapłonęły jakimś niepojętym, złowróżbnym blaskiem. Szarowłosy drgnął, ale już po chwili, kiedy blondyn wstał i ruszył do drugiego pokoju, uznał, że musiało mu się to przewidzieć. Niemożliwe, żeby Lis wiedział, Kakashi zastosował przecież najwyższe stopnie ostrożności. Ale, tak na wszelki wypadek, lepiej mieć go teraz jeszcze bardziej na oku...

— Kurwa — zaklął nagle Hatake. Jego papieros spadł na podłogę, ale nie wydawał się tym przejęty. Z oszołomieniem na twarzy spoglądał w stronę monitorów, szukając na którymś z nich sylwetki agenta.

Ale mieszkanie okazało się puste.

***

Dziesięć minut. Właśnie tyle zajęło Kakashiemu dotarcie na miejsce. Na całe szczęście dla niego, niewiele przecznic dalej zameldował się w hotelu, by czasem niefortunnie nie wpaść na Uzumakiego. Teraz także mu się to opłaciło.

Drzwi cicho skrzypnęły, broń w dłoni była nabita już gdy wchodził i gotowa do ewentualnego strzału. Oczywiście nie miał zamiaru zabić Uzumakiego, ale bawić się z nim także nie zamierzał. Nie mógł być pewien, iż ten również ma przyjazne, dobroduszne zamiary. I będzie pragnął go oszczędzić.

Wszechogarniająca ciemność nie była dobrym znakiem, mimo tego powoli posuwał się na przód, coraz bardziej czując niepokój. Serce biło przy tym szybko. Niemniej trwał w pełni opanowany i nie pozwolił sobie na drgnięcie ręki, czy jakąkolwiek niepewność.

Nieznaczny szelest, lufa z tyłu głowy. Nie sądził, że to się rozegra tak szybko...

Kakashi uśmiechnął się mimowolnie, na wpół kpiąco, choć mężczyzna za nim nie mógł tego zobaczyć.

W kapitulacji podniósł ręce do góry, nie obracając się jednak w jego stronę.

— Skąd wiedziałeś? — zadał pytanie, naprawdę zainteresowany odpowiedzią. Nie często zdarzało się, że ktoś tak łatwo go wykiwał.

— Tsunade nie przewidziała, że już coś podejrzewam. A powinna — odparł rzeczowo.

— Obserwowałeś nas — zrozumiał Kakashi.

Naruto wyciągnął z kieszeni spodni niewielki magnetofon. Sprawnie nacisnął guzik, a po pokoju rozniósł się dźwięczny głos szefowej:


— Wycofam innych ludzi. Od dzisiaj to ty będziesz czuwał nad Lisem, jeżeli coś znajdzie, może być z nim problem...

Nagranie w jednej chwili zostało wyłączone przez blondyna. A w następnej — Kakashi sprawnie wykonał płynny cios w prawą rękę mężczyzny. Bronie Naruto i Kakashiego przeleciały przez całe pomieszczenie z głuchym trzaskiem, zbijając jakiś przedmiot. Prawdopodobnie wazon.

Żaden z nich się jednak tym nie przejął. Stali naprzeciwko siebie, obaj zdeterminowani i gotowi. Obaj ustawieni już do ewentualnego starcia.

Brew Uzumakiego uniosła się niemal kpiąco, a potem mężczyzna odrzucił magnetofon na ziemię. Nie spojrzał na roztrzaskane pozostałości, a nadal z wyzwaniem patrzył w oko szarowłosego.

— Skoro tak chcesz grać, to zaczynamy — ogłosił.

Pięść musnęła lico Kakashiego, acz ten w ostatniej chwili odchylił się i wykonał wykop. A jednak to on musiał uskoczyć. Uzumaki był szybszy niż przypuszczał. Każdy cios był dokładny, przemyślany. Mięśnie przy tym napinały się, ukazując jego wytrenowane ciało. A Kakashi musiał przyznać, że, mimo iż on sam takie posiadał, w istocie miał swoje lata i stał się wolniejszy. I to właśnie sprowadziło go w pułapkę.

Nim się zorientował, plecami uderzył w ścianę. Następnie poczuł ból w czaszce i obraz powoli, niczym w jakimś kiepskim filmie, zaczął mu się zamazywać. Nie zdążył nawet zakląć porządnie, gdy usłyszał:

— Wybacz, Kakashi.

Jego czoło zapiekło, po czym ujrzał wszechogarniającą ciemność. W ostatnich chwilach świadomości jednak osądził, że skruchy w ogóle nie wyczuwał w słowach Uzumakiego.

***

Ciepło — to było pierwsze, o czym pomyślał. Potem dopiero jakieś światło padło na jego twarz. A może, stwierdził, cały czas tak było, tylko tego nie pamiętał. Zresztą, ile godzin był nieprzytomny? A może dni? Tygodni... Miesięcy...


Chłodne oblicze Uzumakiego, precyzyjny cios.


Wspomnienia natarły na jego umysł bez zapowiedzi, a zamroczenie przeszło w następnych pięciu sekundach. Po tym czasie olśnienie uderzyło w niego ze zdwojoną mocą i poderwał się z klęczek. Ale... nie tego się spodziewał.

Przed nim oraz pod nim był piasek i zdawało się, że nic więcej. Niebo zaś trwało intensywnie niebieskie, bez żadnej chmury, a słońce wtenczas grzało, co nawet czuł przez spływający ciurkiem pot po plecach. I spierzchnięte od braku wody usta.

— Jak się spotkamy, Uzumaki, z dupy nogi ci powyrywam — szepnął do siebie Kakashi, rozumiejąc, że znajduje się na jakieś pierdolonej, cholera, pustyni. Sam. A na sobie ma...

— Arabskie ciuchy, kurwa — warknął, widząc czarny skrawek szaty.

***

Tsunade zmrużyła oczy. Jej palec postukiwał o blat stołu z wyczuwalnym napięciem. Spojrzenie, które posyłała siedzącemu nań brunetowi, było kalkulujące i zimne.

— Straciłam łączność z Kakashim. Orochimaru ruszył w teren, a ty jesteś jedyną osobą, która mi pozostała — oświadczyła sucho, a jej palce zamarły. Nogę założyła na nogę i odchyliła lekko głowę. W tym momencie naprawdę robiła wrażenie, szczególnie, że z łatwością dało się wyczuć niebezpieczną aurę. Tylko głupiec chciałby ją teraz zdenerwować. — I jedyną, która może coś zdziałać.

— Jakie więc mam wytyczne?

— Powstrzymaj Lisa. A potem sprowadź Panterę — nakazała bez zająknięcia.

Mężczyzna skinął głową, po czym płynnie powstał. Jego długie, czarne włosy poruszyły się delikatnie, a onyksowe oczy dalej uparcie wpatrywały się w kobietę.

— Oczywiście, szefowo — odparł grobowym tonem Itachi Uchiha.

INWIGILACJA

MISJA 02

"Prawdziwa wiedza to znajomość przyczyn."

Noc była zdumiewająco zimna i dziwnie wroga. Chmury zaś zawisły nad miastem, więc ludzie zza okna wyczekiwali burzy. Mimo tego nie powstrzymało to pewnego mężczyznę, by przemierzać opustoszałe ulice. Właśnie teraz czujnie obejrzał się przez ramię, a następnie skręcił w prawo. W końcu przystanął w ciemnym, cuchnącym zaułku.

Druga, zakapturzona postać już tam na niego czekała, oparta nonszalancko o mur. Spod kaptura natychmiast dojrzał różowe, wystające kosmyki. Twarz za to, muśnięta przez cień, trwała oschła i profesjonalna tak, jak zawsze.

— Masz — drgnęła, kiedy stanął naprzeciwko i podała mu cienką teczkę. Blondyn nie ociągając się, pochwycił ją, by już za moment schować w kieszeń kurtki.

— To wszystko? — zapytał cicho, przeszywając ją swoimi błękitnymi tęczówkami. Kobieta niemal od razu skinęła głową.

— Tylko tyle udało mi się zdobyć — odparła zwięźle.

— Tsunade coś podejrzewa? — Musiał się upewnić. Szefowa nie chciała go o czymś poinformować, a to z kolei świadczyło, by lepiej nie wiedziała, iż węszy.

— Wątpię. Włamałam się do systemu, który na nowo opracowywałam z Yamanaką, co oznacza, że jest jedyną osobą, mogącą mnie wykryć, ale... — uśmiechnęła się nieznacznie — w tym akurat jestem lepsza.

— Nie masz się o co martwić — uściśliła.

Chciał już się wycofać, lecz nagle zatrzymał się gwałtownie. Chwilę tak stał, jakby próbując się namyśleć, aż w końcu dało się usłyszeć jego mrożący krew w żyłach, głos.

— Szefowie ci coś mówili o Uchisze?

Zaprzeczyła.

— Wszystko, co chciałeś, masz w teczce. Nic więcej na temat sprawy nie wiem — rzekła, poprawiając płaszcz i również kierując się w przeciwną stronę. — W razie czego, nigdy mnie tu nie było, Lisie.

Nim ostatnie słowa zostały wypowiedziane, jego sylwetka rozpłynęła się w świetle mroku. Ciche kroki zaś jeszcze przez krótki czas rozbrzmiewały w okolicy, aż całkowicie zanikły. Tak samo jak wspomnienie o tym spotkaniu...

***

Tsunade odchyliła się na krześle. Oczy miała podkrążone, wyraźnie niewyspane, dłonie drżące, zaciśnięte w pięści. Orochimaru stał naprzeciwko niej, oparty o zieloną ścianę, tak samo jak Kakashi, który ponadto wypalał kolejnego papierosa. Szary dym owlekał jego blade lico.

— Co teraz? — spytała na pograniczu histerii. — Jakie mamy powziąć kroki w tym bagnie?

— Musimy czekać — osądził pewnie Orochimaru. Ręce splótł na klatce piersiowej, włosy opadały mu niesfornie na czoło, zaś w tęczówkach dało się dostrzec bezsprzeczną bystrość i trzeźwość umysłu. Nawet w takiej sytuacji zachowywał opanowanie.

— Wąż ma rację — przyznał Kakashi, ponownie zaciągając się nikotyną. — Jeszcze trzy dni. Po tym czasie pomyślimy, co dalej.

— Lis? — wydukała jeszcze, by i ten temat poruszyć.

— Nadal nie powinien się w to mieszać — potwierdził Kakashi. — Nie, gdy ryzyko jest tak duże.

— Ale wciąż powinniśmy mieć go na oku — dodał drugi mężczyzna. Po chwili uśmiechnął się niemalże bluźnierczo. — Tak dla pewności — dodał.

Zamilkli. Tsunade skierowała swoje spojrzenie w drugą stronę. Szklana powłoka dawała całkowity wgląd na ciemne niebo i uśpione miasto. Liczne, uliczne lampy i zapalone światła w sklepach dawały prawie magicznego widoku. Ale Tsunade nie zwiodła się temu powierzchownemu pięknu. Wiedziała, że w tym, jak i w każdym innym mieście tkwili parszywi ludzie z jeszcze gorszymi czynami. Oni się nie wahali, by zabić, by uczynić czyjeś życie piekłem. Tylko na to wyczekiwali, udając kochających sąsiadów, czy szczęśliwych członków rodziny. Okłamali wszystkich, czasem nawet siebie.

— Sprowadźcie Itachiego — osądziła niespodziewanie. Brew Orochimaru podeszła ku górze.

— A co z jego misją? — zapytał Kakashi niemrawo. Nie wydawał się być zdumiony zmianą nastawienia szefowej, czy jej decyzją. Nie mrugnął choćby okiem, aż nazbyt przyzwyczajony do tego stanu rzeczy.

— Odwołać bezzwłocznie.

— Rząd chciał mieć to z głowy jak najprędzej — przypomniał jej Wąż, acz na jego ustach dalej błądził ten prowokacyjny uśmiech. — Mam wkroczyć?

Odparła jego nieme wyzwanie i także zdołała lekko się zaśmiać. Błysk w brązowych oczach wydawał się niezwykle intrygujący mężczyźnie.

— Jesteś szefem, nie możesz tak nagle znikać — osądziła, po czym wbrew własnym słowom dodała:

— Zrób to szybko.

Orochimaru mimowolnie oblizał spierzchnięte wargi, nadal utrzymując kontakt wzrokowy. Nie trzeba było dodawać, że przecież zawsze był szybki. We wszystkim.

Wtenczas Hatake w dalszym razie utrzymywał pokerową twarz.

— Kakashi — odezwała się, w końcu przelewając na niego swoją uwagę.

— Tak?

— Wycofam innych ludzi. Od dzisiaj to ty będziesz czuwał nad Lisem, jeżeli coś znajdzie, może być z nim problem — wyjaśniła, na co ten potaknął. Sam wiedział, o tym jak niebezpiecznym graczem był Uuzmaki. A mając go po przeciwnej stronie, mogło nie być za ciekawie. Musiał więc zachować pełną ostrożność.

Poruszył się i stanął przed biurkiem kobiety. Z całej siły niedopałek zgasił w popielniczce leżącej na blacie.

— Zrozumiano — odparł płynnie.

***

Rozsiadł się na skórzanym, czerwonym fotelu tuż przy rozpalonym kominku. W prawej dłoni trzymał whiskey z lodem, zaś w drugiej — lewej — akta Uchihy Sasuke. Teczka, tak jak się spodziewał, była cienka, choć to wcale nie znaczyło, że mniej ważna.

Pierwsza strona zawierała wszelkie informacje, które zresztą już posiadał. Imię, nazwisko, rangę, ilość misji oznaczonych, jako wykonanych i te, które zakończyły się niepowodzeniem. Ostatnich było najmniej, bowiem tylko jedna. Misja: Bangkok. Kąciki Uzumakiego odruchowo powędrowały do góry, po czym wziął łyka whiskey i przeszedł do dalszej części.

Zdjęcie bruneta nie oddawało go w rzeczywistości. W istocie miał bladą twarz, ale oczy pozostawały nie szare a czarne, niczym sama otchłań. Wzrok oczywiście potrafił przejrzeć cię na wylot i zmrozić krew w żyłach. Ale również można było się w nim zatracić...

Palec Naruto mimowolnie podążył do ułożonych w kreskę warg. Pogładził je, ale na powrót zaczął czytać.

Ponad dwie godziny spędził na obeznaniu się z tymi paroma stronami informacji. Gdy już jednakże przeszedł do ostatniej, niczego wcześniej ciekawego nie znajdując, zmarszczył brwi. Ta kartka zawierała wszelkie streszczenie misji określonej mianem ściśle tajnej, a dotyczącej Madary.

„Współpraca z agentem Uzumakim. (partnerem do zadań specjalnych). Misja zakończona sukcesem. Osoby powiązane..."

Czytał dalej. Imiona i nazwiska niektóre były mu znane. Oczywiście szybko pojął, że chodziło o ludzi Madary, których wyeliminowali. Co dziwnego jedno imię pozostawało całkowicie wymazane, choć... tak, na pewno, pod spodem kogoś uwzględnili. Dlaczego jednak Tsunade i Orochimaru zechcieli je skreślić?

Na to pytanie musiał poznać odpowiedzieć i to jak najszybciej. Zajmie się tym jednak później, teraz zaś...

— Misja tajna — odczytał kolejne zlecenie. Tutaj mimo tego było pusto. Żadnych danych, cztery linijki bez słów, a na samym dole pogrubiony napis.

ZAGINIONY W AKCJI

piątek, 25 sierpnia 2017

PRELUDIUM

MISJA 01

"Niejeden by nie zaczynał, gdyby mógł przewidzieć finał."
Jan Izydor Sztaudynger

Papiery na biurku zostały położone niedbale, niemalże od niechcenia. Kobieta podniosła na nie wzrok, szacując, że stos kartek przybył. Potem zaś przelotnie zerknęła na czekającego mężczyznę.


Odziany w garnitur, mający u pasa schowany pistolet, a na twarzy utrzymaną niezawodną maskę pozbawioną jakichkolwiek emocji. Oczy błękitne, bystre, cały czas prześwietlające ją i jej zachowania. Pod tym spojrzeniem nie można było się nie wzdrygnąć. Acz Tsunade, jako jedna z nielicznych, nie mrugnęła nawet okiem.

— Możesz iść — oznajmiła pewnie, ponownie utkwiwszy spojrzenie w dotykowym ekranie.

Agent się jednak nie poruszył. Stał tam przez kolejne dziesięć minut, aż kobieta w końcu musiała zareagować.

Przysunęła się bardziej na obrotowym krześle i przelała całą swoją uwagę na Uzumakiego.

— Czego? — westchnęła zmęczona. Niestety, tę rundę przegrała.

— Od dobrego miesiąca nie wysłano mnie w teren — zauważył, mrużąc niebezpiecznie oczy. Dojrzała w nich nieufność i czujność. Lis nie był byle kim, więc musiała uważać.

— Już ci mówiłam, że ostatnio nie ma za wiele misji — odparła, splatając dłonie na blacie i opierając na nich podbródek. — Coś jeszcze?

— Owszem — rzekł, niemal na pograniczu warknięcia. — Podobno moim partnerem do zadań specjalnych jest Uchiha Sasuke.

Potaknęła.

— Tak? To dlaczego ani razu, od tamtego dnia, go nie widziałem?

— To też ci już tłumaczyłam, ale skoro tak bardzo pragniesz, to raz jeszcze wyjątkowo powtórzę — Orochimaru wysłał go na tajną, samotną misję. — Słowo „tajną" zostało wyraźnie podkreślone. — Mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie mogę podawać żadnych poufnych informacji na ten temat. To zagroziłoby powodzeniu misji.

Stali tak. Oboje w milczeniu, chłonąc siebie wzrokiem. Naruto nie ustępował, jego tęczówki migotały, jakby z całych sił starał się przejrzeć szefową. Ona zaś także odpierała to nieme wyzwanie. Była nieugięta.

Niewiadomo ile czasu minęło, nim mężczyzna drgnął i wyszedł sztywnym krokiem, zatrzasnąwszy za sobą głośno drzwiami.

Niemniej dla Tsunade było to prawie jak wieczność. Dopiero, gdy upewniła się na monitorze, że Uzumaki faktycznie ruszył do windy i nie powróci, starła ze skroni pot i opadła na fotel wygodniej, doprawdy wykończona.

— I jak poszło? — usłyszała kpiący, syczący głos w słuchawce bluetooth. Mimowolnie się skrzywiła.

— A jak myślisz? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, tak jak zresztą Wąż lubił. Z nim rozmowa nigdy nie mogła być płynna i przyjemna. Wręcz przeciwnie. Raczej skomplikowana i pełna pułapek, choć — trzeba było przyznać — że w istocie podniecająca.

— Podejrzewa coś? — ciągnął dalej swój spektakl, który zaczynał irytować kobietę. I chyba tylko to się nie zmieniło.

— Raczej nie. Jeszcze nie — poprawiła siebie szybko. Bo to, że Uzumaki w końcu odkryje, co się dzieje, nie ulegało wątpliwości.

— To lepiej, żeby trwało to jak najdłużej...

***

Zawód płatnego zabójcy miał to do siebie, że trzeba było być w nim niezwykle ostrożnym, ciągle czujnym i do tego mieć niezawodny umysł. Nie można było ufać nikomu, tym bardziej przyjaciołom po fachu. Śpiąc, należało pod poduszką trzymać kolta, a w ręce nóż. Prawda była taka, że ta praca powinna być niezwykle niebezpieczna i intrygująca. Powinna.

Od dobrych paru tygodni Naruto Uzumaki, kryptonim Lis, czuł się znużony nie misjami a papierową robotą, której non stop przybywało. Podobno przez Madarę system się posypał i agenci byli zmuszeni ręcznie wprowadzać dane na nowo. I naprawdę wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nawet jeden z najlepszych agentów musiał w tym uczestniczyć. I to z czasem zaczynało robić się coraz bardziej podejrzane.

Szefowa agencji początkowo unikała go przy każdej możliwej okazji. Powody były banalne, ale mężczyzna stwierdził, iż po prostu jest zajęta czymś innym. Na przykład Orochimaru, który miał zwyczaj odwiedzać ją w gabinecie częściej, niż wymagały tego okoliczności, choć jego kwatera mieścił się naprzeciwko tej Tsunade.

Potem jednakże nie tyle go unikała, co zbywała, nie przydzielając do żadnej misji w terenie. Jako że Uzumaki był oddanym pracownikiem i niezawodnym — nie skarżył się. Wykonywał wszystko precyzyjnie i bez zbędnego komentarza. Papiery zostały skrupulatnie przejrzane, wprowadzone do komputera, a potem schowane do tajnych teczek w archiwum. Gdy jednak nakazano mu sprawdzić jakieś listy agentów sprzed kilku lat, Naruto bardzo prędko pojął, iż coś jest nie tak. Po pierwsze — Sakura, zaufany kwatermistrz szefowej, mogła to uczynić w przeciągu pięciu sekund, wpisując kolejno imiona i nazwiska w system. Po drugie — nie był kompetentną osobą do tego typu rzeczy.

Ale to nie było wszystko. Najbardziej intrygujące wydawało się to, iż Uzumaki nie mógł skontaktować się ze swoim partnerem. I to także sprawiło, że postanowił działać.

Właśnie teraz siedział przy stoliku, gdzie ustawiony miał swój laptop. Prawą dłoń ułożył pod podbródkiem, a oczy zmrużył, jakby zawzięcie nad czymś myśląc. Na ekranie komputera dało się zauważyć obraz przedstawiający blondwłosą, siedzącą na obrotowym krześle, kobietę. Pluskwa, którą doczepił do papierów, okazała się dobrym pomysłem. Mógł teraz spokojnie oglądać nagranie, przy okazji poddając je analizie.

— A jak myślisz? — padło pytanie z ust Tsunade. Zmarszczyła brwi wyraźnie zirytowana. Łatwo można było się domyślić, o co została zapytana.

— Raczej nie. Jeszcze nie — odparła ponownie.

Potem nastało milczenie. Wzrok blondynki pomknął do okna, po czym przetarła zmęczoną twarz. Prawdopodobnie ostatnie wydarzenia aż nadto ją wykończyły. A problem nie dawał spokoju...

Uzumaki zatrzasnął gwałtownie laptop. Jego spojrzenie błądziło po ścianach pokoju, na niczym konkretnym jednak się nie zatrzymując. Mięśnie twarzy przy tym miał napięte, a cienie sprawiały, iż kości policzkowe stawały się ostrzejsze, niż zazwyczaj.

Niespodziewanie w prawej dłoni zalśnił nóż, który po chwili został płynnie podrzucony do góry. Następnie niesamowicie szybko złapany.

— No to zaczynamy — powiedział na głos pewnym, mocnym głosem. Nie było w nim żadnego wahania.

***

W pomieszczeniu czuć było nieprzyjemny zapach pleśni i wilgoci. Do tego przez cztery betonowe ściany przechodziło niesamowite zimno, a na ziemi trwały kałuże wody zmieszane z krwią. Osobnik przywiązany do krzesła uśmiechał się sztucznie, mając zasłonięte czarnym materiałem oczy.

Mężczyzna stojący nad nim musiał przyznać, że ofiara była w istocie intrygująca. Nie krzyczała, nie płakała, nie pisnęła choćby słówka, gdy ciął i uderzał. Do tego ani na sekundę nie ukazała strachu, a raczej tylko pogardę dla jego osoby. Uniesiony kącik ust był tego dowodem.

— W końcu cię złamię — osądził czerwonowłosy. I w istocie był o tym przekonany. To było po prostu kwestią czasu, a prawdę mówiąc go miał aż pod dostatkiem.

Mimo tego krwawiący, nagi od pasa w górę, brunet splunął krwią w jego stronę i oblizał perfidnie spierzchnięte wargi.

— Nim do tego dojdzie, będziesz już martwy — po raz pierwszy Sasuke Uchiha przemówił, a potem na powrót pogrążył się w milczeniu, gdy padł kolejny, silny cios.

EPILOG


Nadal miała piękną, niewinną twarzyczkę. Oczy przymknięte, przez co wyglądała, jakby była pogrążona we śnie. Zresztą tak jak reszta łowców, czarodziei oraz magów. Nie był to oficjalny pogrzeb, a raczej zwykłe pożegnanie. Płonący ogień był tego dowodem.

— Ty straciłeś służącą, ja ojca — orzekł Uchiha, kładąc dłoń na jego barku. Ale nie była to prawda. Namikaze stracił przez wojnę całą swoją rodzinę. Wuja, kuzynkę. Kątem oka zerknął na stojącą niedaleko i skrytą w cieniu drzewa Kushinę. Odwzajemniła to spojrzenie, a potem wycofała się powoli.

***

— Nigdy ci nie wybaczę — orzekł.

Oboje trwali tuż przed bramą do Miasta Łowców. Złoty łuk teraz był jedynie wspomnieniem, acz nie będzie ten stan utrzymywał się długo. Namikaze, nowy Najwyższy Łowca, miał zamiar odbudować wszystko to, co uległo zniszczeniu. Stworzyć nowy świat dla łowców i wampirów.

— Wiem, nie liczę na to — odparła Kushina, naciągając swoją szatę mocniej na ramiona. — Chciałam tylko powiedzieć, że musiałam to zrobić, byś był tym, kim jesteś dzisiaj. I choć straciłam syna, nie żałuję.

Po tych słowach odwróciła się i ruszyła. Namikaze patrzył, jak jej sylwetka pomału niknie wśród cieni. Nie starał się jej powstrzymać.

***

Przed nimi, z okna pałacu, rozprzestrzeniał się widok na malownicze ogrody. Namikaze stał tak, aż nie poczuł ciepłego oddechu na szyi, a potem ust. Zmrużył powieki, oddając się temu przyjemnemu uczuciu.

— Odbudowaliśmy całe miasto, stworzyliśmy nowe prawa, zakazujące walk i zabijania ludzi. Wiesz, że pokój może nie panował długo?

Namikaze natychmiast przyciągnął go do agresywnego pocałunku. Jego oczy pochłonął lód, gdy się od niego oderwał.

— Wiem. Wiem też, że wielu będzie próbowało ciebie zabić — szepnął wprost w jego wargi. — Ale ja nie pozwolę im na to. Będę cię strzegł, będę twoim sługą. Twoim Łowcą.

Sasuke pogłaskał jego lico, delikatnie palcem. Był zafascynowany tym, jak bardzo niebezpiecznie i groźnie mężczyzna wyglądał. Uchiha wiedział, że ten naprawdę mógłby go teraz zabić jednym ruchem. Nie był przecież potężny, nie, dopóki nie wypił krwi Dziedzictwa.

— Powiedz to — nakazał nagle.

Łowca zdumiał się.

— Co?

— Powiedz, kiedy mnie pokochałeś — ponowił, a arogancki uśmiech wtargnął na lico Naruto.

— Wtedy, gdy pierwszy raz spojrzałem w twoje przeszyte czernią oczy, Królu.

KONIEC

OD AUTORKI: Wstawiłam wszystkie rozdziały na bloga opowiadań już dawno pisanych. Śmiertelne Zagranie jednak tworzone było na bieżąco. Mam nadzieję, że komuś przypadło do gustu i podzieli się swoją opinią, nie tylko dotyczącą tego tworu. Jeżeli czytacie - komentujcie. To naprawdę dla mnie ważne. Jeżeli widzę, iż mam czytelników to od razu mam więcej weny ^^  
LadyHill 

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY


Nogi same go prowadziły, jakby wbrew jego woli. Nie wiedział właściwie, czemu wstał, ponownie nie mogąc zasnąć i ruszył w stronę światła, zdawałoby się, świec. Potem skręcił gwałtownie w prawo na korytarz, by zatrzymać się w połowie drogi.

Kobieca twarz w tym samym momencie drgnęła. Srebrne oczy zalśniły wśród półmroku, a Itachi odruchowo zrobił krok do tyłu.

— Matko? — zapytał zduszonym głosem.

Na czole wampira pojawiła się zmarszczka. Usta rozwarły w szoku; Itachi nie mógł pojąć, co tutaj się właśnie działo.

Wtenczas Mikoto uśmiechała się złowieszczo, otoczona przez jakieś zniekształcone, wydające niepojęte odgłosy, cienie.

— Och, kochanie — zaśmiała się. — Dobrze, że przybyłeś, ponieważ sama miałam cię... obudzić.

— Dlaczego? — wydukał nieufnie mężczyzna, zaczynając powoli rozumieć, że jest w niebezpieczeństwie.

— Ponieważ, choć bardzo dobrze się tobą manipulowało, już mi nie jesteś potrzebny.

Wykonała precyzyjne machnięcie palcem. Na znak niezliczona, krzycząca ilość cieni ruszyła na Itachiego. Ten nawet nie zdążył wykonać żadnego ruchu, a już był obdzierany i pożerany żywcem. Jego szlochanie i wzywanie zduszały śmiechy cieni, jak i samej Mikoto.

Po chwili nie zostało z niego nic, oprócz kropli krwi na podłodze.

***

Dwadzieścia osiem dni. Właśnie tyle minęło, nim ponownie powołali obrady. Matka Światła, mimo że nie zdradzała zdenerwowania, tak naprawdę wchodząc do komnaty czuła niepokój i lekki strach. Nie dało się jednak tego zauważyć, gdy kroczyła w stronę tronu, mając po swojej prawej Hinatę, a po lewej — Gaarę.

Cała trójka zajęła miejsca, a w następnej chwili łowcy odziani w szare szaty zakrzyknęli klęcząc:

— Niech Matka Światła tryumfuje, jej dzieci zaś niech ogień rozpalą w mroku! — Znane słowa rozbrzmiały i echem odbiły się od ścian. Tsunade starym zwyczajem nakazał im powstać i również zasiąść na trybunach.

Nie przemówiła od razu, jej wzrok podążył do wielkiego okna, gdzie widać było niebo przemieniające się w czarną pierzynę. Nadchodziła przeraźliwa noc. Tak właśnie, jak oczekiwała...

Tyle kwestią czasu będzie, pomyślała, aż nastąpi... atak.

Wstrząs był niespodziewany. Ziemia zadrżała pod nimi, a posadzka pękła na pół. Łowcy opadli na kolana, krzycząc przeraźliwe, gdy do ich umysłów wkradł się niewyobrażalny ból. Tylko Matka Światła wraz ze swoimi dwoma sługami powstała, opierając się cierpieniu wywołanemu przez...

— Próbują przebić się przez barierę otaczającą Miasto, Matko! — zakrzyknęła Konan, przedzierając się przez tłum razem z pozostałymi magami.

Tsunade także podeszła do niej i gwałtownie chwyciła za ramię. Nachyliła się do jej ucha, przygryzając wargę.

— Zezwalam ci na użycie magii — rzekła, lekko chwiejąc się. Pulsowanie głowy w dalszym ciągu nie ustępowało. Bariera ochronna, która otaczała całe Miasto Łowców, była stworzona z energii innych łowców i dlatego próba zniszczenia jej dawała takie działanie.

Matka Światła kątem oka zauważyła Hinatę, której kaptur nie przysłaniał oblicza, a która stała pewnie, niezachwianie. I jedynie krew cieknąca z nosa wskazywała na to, że i ona to odczuwa.

— Rozumiem, Matko — odrzekła Konan, wyrywając Tsunade z tego dziwnego odrętwienia.

Prosta, niebieska laska kobiety stuknęła o podłoże. Następnie jedenastu innych czarodziei przyłączyło się do niej i dało się słyszeć głośne, przyprawiające o dreszcze dźwięki.

Kolorowe światła buchnęły pod sufitem oślepiająco, przenikając w głąb ścian i zapewne jeszcze dalej, aż do nieba. Potem nastała nagła, nienaturalna cisza.

Łowcy zdumieni zamilkli i powstali z kolan, patrząc z przerażeniem w stronę Matki Światła i magów.

— To nie potrwa długo — odparła Konan. — Tym bardziej, że nie ma Orochimaru. Nasza osłona...

— Wiem — przerwała jej gwałtownie Matka, wiedząc, że nie mieli czasu teraz na jakiekolwiek rozmowy. Wróg nie przestawał przecież atakować. Nie mogli czekać.

— Moje dzieci, mrok nadszedł, chodźmy zobaczyć to, co nas czeka... — przemówiła głośno i wyraźnie do pozostałych. Oni zaś, w dłoniach trzymający swoje sztylety, skinęli głowami, po czym, niczym synchronizowani, ruszyli do wyjścia.

Matka Światła również nie zwlekała, a wraz z Gaarą i Hinatą wyszła przed pałac. Za nimi natomiast podążyło dwunastorga magów. Ich szaty poruszały się z każdym podmuchem wiatru, odsłaniając czarne, obcisłe stroje.

Wzbudzali postrach, chociaż sami byli przerażeni.

To, co przyszło im wszystkim zobaczyć, nie śniło się nikomu w najgorszych snach. Miliardy cieni trwało poza granicami błękitnej bariery, szczerząc się i łaknąc krwi. Były to stworzenie nierealne, tak bardzo krwiożercze, przyprawiające o mdłości. Pulsowały z każdym podmuchem powietrza. Przez co zdawało się, że właśnie śmiały się złowrogo i kpiły z ich poczynań.

Matka Światła jednakże nie spoglądała na nie, ani na stojącą w epicentrum tego wszystkiego Mikoto, a na własne dzieci. Ich zlęknione lica.

— Już czas — szepnęła do Konan, która przyznała jej rację. Nie trzeba było czekać długo, nim koło nich powstało niewielkie, magiczne przejście. W środku widać było wodę, ale gdy pierwsza postać z niej wypłynęła, wcale nie okazała się mokra. Tak samo następna i kolejna...

Przybyłe wampiry z niejakim dystansem przystanęły w oddali, nieufnie zerkając w stronę Matki i otaczających ich stworów. Niemniej Tsunade nie zwracała na nich uwagi, a na portal, który dalej się nie zamykał.

W końcu wyszły z niego dwie, osatnie osoby. Pierwszą była przyodziana w czarną, długą szatę kobieta, która po zdjęciu kaptura uśmiechnęła się do nich perfidnie, ukazując białe zęby i szare, lśniące arogancko tęczówki. Drugą zaś, tą najważniejszą, okazał się być mężczyzna. Stał on dumnie ze zmrużonymi niebezpiecznie oczyma, analizując całą sytuację. Na sobie miał ciemny płaszcz, związany lśniącą broszką, na dłoniach równie czarne rękawiczki. Emanował niesamowitą siłą, potęgą, której niejeden łaknął.

— Nareszcie — szepnęła Matka Światła, witając Króla oraz Kushinę, ostatnią Łowcę Krwi.

***

Naruto spoglądał w stronę zielono— szarego nieba, jakby próbując zachować ten obraz na zawsze. Czarna Wyspa była naprawdę przeraźliwym miejsce, ale w pewnym momencie dostrzegało się inne jej aspekty, na przykład to, że tak naprawdę kryła w sobie piękno magii.

— Co teraz? — zapytał stojącego obok wuja, który na powrót zabrał ich do serca wyspy. Właśnie teraz szeptał jakieś słowa, pogrążony — zdawałoby się — w modlitwie. W rzeczywistości jednak próbował sprowadzić ich do Miasta Łowców, gdzie trwała już zapewne bitwa.

— Musimy czekać — odparła za mistrza Miatarashi, która niedbale siedziała na jednej ze skał. — Musimy czeka aż skończy...

— Po co to wszystko? — ponowił, a gdy napotkał na niezrozumienie w oczach czarodziejki, dodał:

— Dlaczego miałem stać się Dziedzictwem? Z jakiego powodu Orochimaru mnie tutaj przysłał?

Mitarashi nie odpowiedziała od razu. Pstrykała palcami, wytwarzając niewielkie, niebieskie płomyki. Dopiero po kilku minutach odważyła się zabrać głos, kiedy znudziła się zabawą.

— Ponieważ — przechyliła lekko głową — masz chronić Króla...

***

Bariera trwała przez stulecia potężna i nienaruszona. Jej błękitna, lekko przeźroczysta powłoka oplatała ze wszystkich stron Miasto Łowców, nie pozwalając przedrzeć się wrogowi. Aż do tego dnia.

Choć magowie dalej wytwarzali zapory, cienie nieustępowany. Mikoto, dziecię z legend, nawoływała je, by swymi szponami wciąż i wciąż atakowały dzielącą ją od zwycięstwa granicę.

Bariera więc powoli odchodziła, niczym płaty skóry. Z każdą chwilą wprawiając łowców w coraz większy lęk i osłabienie, choć żaden z nich nie uciekł, a stał gotowy do walki.

Matka Światła była dumna ze swych dzieci. I wtedy, i później, gdy cienie wykonały ostatnie cięcia i ruszyły na nich wszystkich.

Były szybsze niż jakikolwiek wampir, czy łowca. Do tego przeważały ilością. Mimo tego zjednoczone rasy nie zamierzały się poddać. Nie, gdy walka nie tyczyła się przetrwania ich a całego świata. Stworzenia.

Matka Światła została otoczona przez Hinatę, Gaarę oraz Kushinę. Ale trwało to krótko, ponieważ dwie minuty później sama wyminęła łowców i sztyletem zaatakowała jednego z cieni. Ten rozwiał się, acz niedługo potem ponownie scalił. Jego szpony wbiły się w...

Hinata odepchnęła Matkę. Krew trysnęła z jej ust, gdy cień przeszył ciało. Wtedy także Matka zamarła, patrząc nie tyle na opadającą, martwą łowczynię, co na krwiożerczy obraz przed sobą.

Łowcy i wampiry po kolei upadali. Ich ciała w ciągu sekundy zostawały rozszarpane, zmiażdżone, pożarte. Wszędzie lała się szkarłatna posoka, krzyki dało się słyszeć z każdej ze stron. Pośrodku zaś tkwiła ona — Matka Światła, która musiała obserwować upadek własnych dzieci. Tuż obok walczyła Kushina, jako jedyna, odpierając ciosy oraz Król, również od niej nieodstający. Ale oni wydawali się być poza tym wszystkim.

Matka opadła na kolana, a łza spłynęła z jej oka, rozpryskując się na schodku.

— Wybaczcie mi, dzieci. Wybaczcie... — szepnęła. Mikoto wtenczas pojawiła się przed nią i z uśmiechem na ustach nachyliła się, by jednym, precyzyjnym ruchem wyrwać serce Matki.

— Nie! — Krzyk Kushiny dobył z opóźnieniem. Było już po wszystkim, nim ta dobiegła do Tsunade.

Nagły huk sprawił, że nawet cienie zaprzestały mordu. Mikoto z fascynacją zerknęła na pałac, który legł w gruzach. Piach i dym. Tyle tylko pozostało po świetności tego miejsca. Matka umarła, a dom wraz z nią.

Wiatr zawiał, zaś mgła natarła na nich, przysłaniając widok. Mikoto zmarszczyła brwi, próbując coś dojrzeć, ale i ona miała z tym problem. Nagle jednak jakiś kontur postaci rozwiał jej wątpliwości. Źrenice zwęziły się, ni to z zdumienia, ni to złości.

— Nie pozwólcie mu dojść do Króla — warknęła w stronę cieni, które na jej rozkaz ponownie ruszyły, by zadać śmierć. — Nie... pozwólcie... dojść... do... Króla!

Jej krzyki rozbrzmiewały, wprawiając w drżenie całą okolicę. Furia w srebrnych tęczówkach z każdą, kolejną chwilą powiększała się.

— Zabić go! Zabić! — Wskazała palcem na własnego syna. Sasuke przymknął oczy, twarz mając całą poharataną, zabrudzoną i we krwi. Rana na ramieniu była śmiertelna, i choć on jako wampir nie mógł przez nią umrzeć, to czuł się osłabiony. I taki bezbronny, gdy tylko cudem — i dzięki Kushinie, jeszcze nie pożegnał się z tym światem.

Rudowłosa zaś, nie będąc w żadnym razie w lepszym stanie od niego, wirowała wokół, starając się go ochronić. Gdzieś w oddali obojgu mignęły blond kosmyki, niemniej nie było czasu się nad tym zastanawiać. Nie, gdy śmierć była tak blisko.

Krzyki Mikoto dobiegały do nich, niczym zza ściany. Nie zwracali na nią uwagi, pochłonięci w ten wir, wykonujący ciosy mechanicznie i precyzyjnie. Każdy niekontrolowany bowiem ruch, Kushina mogła przypłacić własną egzystencją. I choć naprawdę chciała się poświęcić, wiedziała, że wtedy Sasuke zostałby całkowicie sam, a oni w ogóle nie mieliby szans. Dopóki on żył — nadzieja wciąż była.

***

Orochimaru dokończył litanię i w oka mgnieniu znaleźli się w epicentrum bitwy. Dym, krzyki i martwe ciała zastali na poczekaniu. Nie było sensu się tym wszystkim przejmować, choć Miatarshi znacznie pobladła. Orochimaru zaś naparł od razu swoją mocą na jakiś, przemykający cień. I chociaż ten zniknął, wuj Naruto był pewien, że ponownie zostanie stworzony.

Czarodziejka widząc postępowania mistrza, również przystąpiła do rzeczy. Zielona wstęga zamigotała pomiędzy nimi i zaczęła swój niebezpieczny taniec. Kątem oka Orochimaru zobaczył, że cały pałac został zniszczony, a to znaczyło, że Matka... nie. Teraz nie było to ważne.

— Naruto — krzyknął pomiędzy wirującymi czarami. — Musisz iść! Pamiętasz czego... cię uczyłem?

— Tak — grobowy ton głosu pomknął tuż obok jego ucha. — Te cienie są owładnięte magią. Poradzę sobie.

I w istocie. Szybkie cięcia potrafiły na dobrą chwilę obezwładnić cienie i je rozproszyć. Trzeba było być jednak równie zwinnym i umieć znaleźć się w ułamku sekundy w innym miejscu, ponieważ następne już czaiły się w pobliżu. Namikaze właśnie taki był. Lepszy, niż ktokolwiek, dokładniejszy, precyzyjniejszy, pozbawiony skrupułów. Jego twarz była napięta i zdradzała skupienie, w kocich oczach zaś dostrzec można było nienawiść i determinację.

Naruto w tym momencie miał jeden cel — dotrzeć do Uchihy.

Koniec końców udało mu się to. Stanął przed nim, ale zdezorientowany skrzyżował swój wzrok z nieznaną kobietą.

— Mama? — Pytanie przeszyło go doszczętnie. Sparaliżowało, acz w tej samej chwili klęczący, krwawiący Uchiha stęknął. Namikaze doskoczył do niego, własnym ciałem broniąc go przed szponem cienia. Krzyknął, gdy czerwień przelała mu się przed oczami.

— Naruto! — To z pewnością Sasuke wypowiedział jego imię i to on pochwycił go w swojego dłonie.

— Nieważne, Uchiha... — wyszeptał na skraju świadomości. — Nieważne... napij się...

Nie sądził, by Sasuke zrozumiał. Ale jakimś cudem w istocie jego kły wtopiły się w żyłę na szyi i zachłannie skosztowały życiodajnej energii.

Sasuke przymknął z rozkoszy powieki. Krew Naruto nie smakowała już tak samo, miała nutę czegoś zupełnie innego, jakby coś się w nim zmieniło. I była o wiele słodsza...

Rozwarł powieki. Czerwień zalała czerń. Wrogi krzyk Mikoto tym razem dosłyszał wyraźnie. Ale nie od razu zadział. Najpierw polizał ranę na szyi Naruto, a potem jego ramię. Natychmiast skóra w tym miejscu się zasklepiła, a równie zimne, stalowe oczy Namikaze napotkały te jego.

— Wykończ ich, mój Królu — szepnął Namikaze, a Sasuke uśmiechnął się. Odwrócił się wolno, by ujrzeć stworzony chaos przez własną matkę. Ogarnęła go złość. Nieludzka złość.

Cienie przystały i zaczęły się chwiać, jakby już przeczuwały swój kres. Tylko Mikoto dalej warczała polecenia, chcąc jeszcze coś zrobić, cokolwiek. Nie mogła przecież zostać pokonana przez Sasuke!

Machnął dłonią. Krew Namikaze, krew Dziedzica, spowodowała, że był kimś znacznie większym, znacznie potężniejszym. Cienie jęcząc rozpłynęły się na ten gwałtowny gest. Pozostały tylko szarym, nic nie znaczącym pyłem.

Potem z nieuchwytną dla oka szybkością, zmaterializował się przed Mikoto. Pochwycił jej szyję i zacisnął na niej palce. Krew zalała usta, oczy, uszy. Furia jednak do ostatniego tchnienia nie opuszczała kobiety, jakby w dalszym ciągu wierzyła, że to był jej czas. Ale to nie był jej czas i nigdy nie będzie.

Gdy całkowicie zdechła, Sasuke wypuścił ją. Ciało nie opadło jednakże bezwładnie, a zostało wtopione w ziemię. Błyskawica przeszyła niebo.

Stał tak, nic nie czując, pusty, acz potężny. Niewiedzący, co ma teraz zrobić, co ma teraz czynić. Wpatrujący się w próżnię.

Delikatny pocałunek wyrwał go z tego snu. Przeniósł spojrzenie na blondwłosego mężczyznę. Odruchowo wplótł palce w jego kosmyki, nie przejmując się, czy ktoś właśnie patrzy, czy nie.

— Jesteś mój. Na zawsze — rzekł Sasuke, a twarde nuty łatwo można było wyłapać w tym oświadczeniu.

— Oczywiście, Królu — odszepnął Namikaze.

***

Wiele wampirów i wiele łowców odeszło, pozostała ich zaledwie garstka. Dlatego Namikaze oraz Sauke i Kushina ratowali każdego. Nieważne jakiej rasy był.

Czarodzieje także polegli. Namikaze zresztą nie mógł znaleźć pod tymi wszystkimi trupami oraz gruzami Orchimaru, chociaż starał się ze wszystkich sił.

Gdy stracił już nadzieję, nagle dojrzał Miarashi.

Podszedł do niej, spodziewając się tego, co tam na niego czekało. I tak jak przewidział — wuj leżał zakrwawiony na ziemi, a Anko siedziała tuż obok, trzymając go za rękę w ostatnich chwilach. Płakała.

— Przepraszam, mistrzu, że się tak zachowałam — mówiła cichym, delikatnym głosem. Uścisk jej dłoni wzmacniał się wraz z kolejnymi słowami. — Matka Światła mi powiedziała, że będę musiała od ciebie odejść... Nigdy mi nie wyjaśniłeś...

— Nic... się... nie stało... Mita... rashi — wychrypiał, po czym spróbował się uśmiechnąć. Krew spłynęła mu z kącika ust. — I tak... nic to nie zmienia.

— Gdy czarodziej odchodzi, uczennica zabiera jego laskę i staje się nowym mistrzem — oświadczył beznamiętnie Naruto, gdy oczy Orochimaru zgasły, a ciało zdrętwiało. Następnie odszedł, pozostawiając Miatarshi samą. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że kobieta powstrzymała łzy i z mocą pochwyciła wężową laskę.

piątek, 11 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY



Czarna Wyspa była nieprzyjemnym miejscem. Zimne i ciepłe wiatry mieszały się ze sobą, ciemność chłonęła wszystko dookoła i jedynie lawa spływająca z wielkiego wulkanu dawała marną imitację światła.

Nad całą wyspą nie było chmur — niebo przybrało czarno—zielony odcień i tylko to można było zobaczyć. Chociaż niekiedy baczny obserwator potrafił dostrzec skrzydła czarnych jak smoła ptaków. Nie kruków a dzikich bestii, demonicznych, o paszczach ogromnych i równie obrzydliwych. Niektóre z nich zionęły ogniem, przemierzając pośród czarnych obłoków.

Tutejsze wody zaś trwały rzadko, a i tylko z daleka widać było w nich czysty błękit. Wystarczyło podejść bliżej, błękit wtedy zamieniał się w błotnisty brąz. Stworzenia, które tam czuwały, nazywane były syrenami, ale tylko w baśniach istniały jako piękne i kuszące. W rzeczywistości oblepiała ich krew, natomiast zęby czaiły się, by wbić się w grube mięso czy to swojego towarzysza, czy maga, który ośmielił się przybyć na Czarną Wyspę. Potwory z natury wytrwałe, potrafiły czekać latami, by w końcu upolować swoją zdobycz.

Jedynie las wydawał się być dziwnie zielony i piękny, niczym senna mara. Przyzywał swoim urokiem. Głupcy, którzy dali się zwieść, kończyli marnie pożarci żywcem przez korzenie drzew.

W epicentrum Czarnej Wyspy istniało jeszcze jedno, intrygujące miejsce. Zostały tam stworzone potężne głazy z wyrytymi napisami. Lśniły one szkarłatem, ułożone w krąg. I były sercem wyspy.

Niespodziewanie, właśnie teraz, pięć skał zalśniło mocniej, łącząc się ze sobą, a wtedy dwie postaci pojawiły się pośrodku. Jedną z nich Wyspa znała bardzo dobrze, zaś na drugą długo wyczekiwała...

***

Hinata do Miasta Łowców wybrała się pierwsza. Naruto nie powstrzymywał jej wiedząc, że jak co roku wypada w ten dzień rocznica śmierci jej matki. Służąca miała zwyczaj znikać na kilka dni w Świątyni Przodków i modlić się przy zapalonych świecach do posągu Pierwszej Łowczyni z rodu Namikaze. Jako jedyna przez to najczęściej odwiedzała Matkę Światła.

Tsunade przystanęła obok wejścia do jaskini. W skupieniu obserwowała klęczącą kobietę odzianą w przeźroczystą, białą suknię.

— Coś się stało, Matko? — spytała chwilę potem, tak jak Matka przewidziała.

— Dostałam kruka od Naruto. Wraz ze swym wujem udał się na Czarną Wyspę.

Choć plecy czarnowłosej nieznacznie drgnęły, nic na to nie odrzekła. Tsunade mogła zaś usłyszeć wznowioną, cichą litanię, która odbijała się echem od ścian. Pomyślała wtedy, że dobrze się stało — Hinata będzie potrzebna jej tutaj, gdy mrok nadejdzie.

***

— Mitarashi wkrótce do nas dołączy — oświadczył Orochimaru, gdy tylko się pojawili. Naruto nie patrzył w stronę maga, a na otaczającą go, przerażającą przyrodę. Czuł, że jakaś nieznana energia szepcze do niego, by przeszedł krąg i ruszył dalej w głąb wyspy.

W końcu jednak napotkał nieprzenikniony wzrok wuja, który obserwował go spod na wpół zmrużonych powiek.

— Wyspa cię woła — powiedział cicho, a w tej samej chwili zawiał zimny wiatr, niczym potwierdzenie. — Wystarczy, że ruszysz tam — pokazał na krajobraz malujący się za pięcioma, pulsującymi skałami — a będzie próbowała cię pożreć.

Mimowolnie Naruto wzdrygnął się na słowa mężczyzny.

— Co więc mam zrobić? — zapytał pewnie, w dłoni już obracając swój sztylet.

— Iść. — Wydawało się, że Orochimaru zakpił sobie z niego, ale wystarczyło przyjrzeć się gadzim, oschłym oczom, by wiedzieć, że wcale nie żartował.

— Ta wyspa jest nasiąknięta magią, jak każde tutejsze stworzenie. By pokonać czające się potwory, musisz wyczuć silną energię, przejrzeć czar. Umieć go wychwycić — tłumaczył wyraźnie, a Namikaze miał coraz gorsze przeczucia. — Daję ci siedem dni. Masz przynieść mi syrenią głowę, łuskę ognistego ptaka i korzeń drzewa. Będę tutaj na ciebie czekać...

Łowca zmarszczył brwi. Nie poruszył się, jakby zastanawiając się nad nie tyle pozyskanymi informacjami, co działaniami, które może poczynić. Niewiele opcji mu pozostało, a właściwe prawie w ogóle. Chcąc nie chcąc, ostatecznie wykonał krok na przód.

Głos Orochimaru jednak zatrzymał go tuż przed granicą kręgu:

— Tylko pamiętaj — wszystko, co tutaj się zdarzy pójdzie w zapomnienie. Nikt nie powinien o tym wiedzieć.

— Rozumiem. — Nie zwlekając już więcej, przeszedł bezpieczną barierę, po czym przywitał się z prawdziwym piekłem.

***

Namacalna wstęga unosiła się nad klęczącą postacią, wirując zielono—czerwonym blaskiem. Zdawała się żyć i wrogo szeptać. Mężczyzna zaś, który trwał tam pośród głazów i drżącej mocy, przypominał śpiące dziecko, nieświadome tego, co się wokół dzieje.

Były to jednakże tylko pozory, bowiem, gdy czarodziejka nagle wylądowała naprzeciwko mistrza, ten rozwarł powieki, a wstęga zniknęła.

— Ile mu pozostało? — spytała Mitarashi zduszonym, niepewnym głosem.

— Dwie minuty — odparł bez zająknięcia Orochimaru.

Drgnięcie mięśni na licu kobiety, zdradziło niepojęty szok. Nie mogła uwierzyć, że mistrz tak swobodnie ją o tym powiadomił, bo przecież oznaczało to... porażkę Naruto, a również ich porażkę.

Przetarła zmęczoną twarz, spoglądając na brudne, zielone niebo. Jedna minuta, pomyślała, niemożliwe, by ktokolwiek zdążył... To koniec...

Sekundę później krzyknęła zaskoczona.

Na horyzoncie pojawił się łowca w swoim podartym, zniszczonym stroju. Na twarzy miał krew i błoto, jak i również w swoich, teraz czarnych, włosach. Jego błękitne oczy przybrały jakąś szaleńczą nutę, a skapująca, brązowa woda z ciuchów nadawała mu wyglądu obłąkańca.

Dreszcze przerażenia przeszyły ciało Anko, ale prędzej by się zabiła, niż do tego przyznała.

Namikaze wkroczył w krąg z bezczelnym, kpiącym, acz równocześnie zimnym niczym lód uśmiechem. W dłoni trzymał swój zwinięty płaszcz i, gdy tylko stanął przed nimi, wypuścił go gwałtownie, by głowa syreny przeturlała się aż pod nogi Orochimaru. Miatarshi bezbłędnie zauważyła też ohydną łuskę ptaka oraz wijący się, nadal żywy korzeń drzewa.

— Wykonane — warknął. Czarodziejka kątem oka zerknęła na swojego mistrza, próbując przejrzeć jego myśli.

— Ledwo zdążyłeś, noc nastała — zauważył Orochimaru.

— Ale zdążyłem.

To nie ulegało wątpliwości, dlatego kącik ust wuja uniósł się do góry, choć było to tak szybkie, że tylko sam Orochimaru to wiedział. Potem, jak miał w zwyczaju, stuknął swoją wężową laską, a iskra poszybowała aż do nieba. Ziemia zatrzęsła się pod nimi, natomiast niespokojny wiatr zawiał ostro, wprawiając ich szaty i włosy w ruch. Następnie nastała przeraźliwa cisza. Światło laski zagasło, ustępując ciemności wyspy.

— Czarna Wyspa cię wita — wyjawił z zadowoleniem Orochimaru. Namikaze szybko pojął, iż teraz był bezpieczny i żadne stworzenie, czy las mu nie zagrażało.

Nie mylił się. Orochimaru machnięciem dłoni nakazał iść za sobą. Łowca, jak i Mitarashi, dostosowali się, przechodząc śmiało przez krąg. Szli w milczeniu, prosto w głąb krwiożerczego lasu. Za nimi zaś słychać było szeptania zmarłych.

***

Spał, ale jego umysł był bardziej świadomy, niż kiedykolwiek. Otaczający go drzewa aż nadto realne. Nie znał tego miejsca, ale wydawało się być piękne i spokojnie, nie czuł więc przerażenia na myśl, że jednak coś było nie tak.

— Witaj. — Drgnął na dźwięk tego głosu i wolno się obrócił. Gdyby miał żyjące serce, te właśnie zastygłoby z nieznanego, silnego uczucia, które przeszyło go na wskroś.

Przed nim, oparty w nonszalanckiej pozie o pień drzewa, trwał Naruto Namikaze.

— Nie jesteś prawdziwy — stwierdził, ale wbrew własnym słowom zbliżył się i palcem musnął bladej skóry na poliku. Tam też nadal była blizna na trzech lisich znamionach.

— Jestem — odparł Naruto, mrużąc kocie oczy. Jego oddech przyspieszył na tę bliskość. Tak długo czekał, by go w końcu ujrzeć. By poczuć jego zapach i dotyk... — To nie jest sen... A znacznie coś więcej.

Nie dodał mimo tego, że wszystko, co się teraz działo było rzeczywiste, że Orochimaru nauczył go jak przenikać świadomość i stwarzać ten oto świat. Nie wyjawił, że żeby dana osoba znalazła się tutaj, musiała także o nim rozmyślać.

Nie zdążył.

Usta Sasuke z niesamowitą agresją wpiły się w te Łowcy. Języki otarły o siebie, a krew zalała usta. Naruto sapnął, niemalże szlochając z tak silnego pragnienia. Sasuke nie był mu w tym dłużny. Także nie wiedział, jak ująć to, co się między nimi działo.

— Tęskniłem — oświadczył z uśmiechem Uchiha, a potem przygarnął go do siebie, od razu ściągając z niego zbędne odzienie. Chwile potem obaj byli nadzy. Sasuke tym razem nie rozciągał go, a od razu pochwycił nagie, umięśnione uda, by je unieść i przyprzeć Naruto do kory drzewa. Potem wszedł w niego jednym, płynnym ruchem.

— Ahhhh! — Westchnienie Namikaze musnęło jego ucho, a zęby po chwili wbiły się w nie, aż do krwi. Uchiha się tym jednak nie przejmował — zaczął się brutalnie poruszać, mając pewność, że w tym momencie obaj tego potrzebują i nie liczy się nic innego. Tylko rozszalała żądza, twardy penis poruszający się wewnątrz i to cholerne, cudowne tarcie...

Brunet czuł się niczym w innym świecie, nawet nie rozumiał kto krzyczy — on, czy Naruto? Nieważne... nieważne...

Paznokcie Namikaze wbijały się w plecy Uchihy i jasnym było, że krwawe smugi będą długo tam uwiecznione, pomyślał w przypływie chwili, że to dobrze, że chce, aby Łowca go naznaczał, żeby mówił światu, że jest jego... tylko jego...

Kolejny krzyk na skraju świadomości. Zapach Naruto, zapach obezwładniającej krwi... Sasuke wyczuł, że kły mu się wysuwają, ale nim chociażby nad tym zapanował, one już wbijały się w tętnice Namikaze.

Rozkosz. Absolutna, niesamowita rozkosz. Nie panował nad sobą, ani nad orgazmem. Gdy jednak zrozumiał, co się dzieje, ciało blondyna osunęło się bezwładnie na mokrą trawę. Martwe...

Otwarł oczy. To tylko sen, zapewnił siebie, ale pościel już zabarwiała się na szkarłat. Plecy bowiem miał całe ponaznaczane przez paznokcie.

— To tylko sen — szepnął w mrok.

***

Mitarashi przebudziła się, dziwnie zaniepokojona. Jej oczy napotkały leżącego w cieniu drzewa Naruto. Najpierw jednak pomyślała, że musiało jej się zdawać, dopiero potem zauważyła, że ciało drga niespokojnie, jakby wpadło w konwulsje.

Natychmiast poderwała się i podbiegła do Łowcy. Przerażenie i panika przeniknęło do jej umysłu. Nie wiedziała, co ma robić.

— Mistrzu... Mistrzu! — krzyknęła, widząc krwawiące dwa wgłębienia na szyi. Orochimaru, słysząc jej nawoływanie, w tej samej chwili był już obok.

Nie zrobił jednak nic, tylko patrzył się z napięciem na siostrzeńca, gdy Miatarshi dalej szlochała. Ale i ona wtem niespodziewanie zastygła.

Śmierć się zbliża, śmierć się zbilża, śmierćsięzbliża, śmierćsięzbliża... — szeptała, nieswoim, chłodnym głosem. Jej tęczówki zamieniły się z fioletu na biel, a na usta wypłynął przeraźliwy uśmiech. Orochimaru także się uśmiechnął.

***

Czarna szata, równie ciemne włosy, zakrywające całą twarz oraz trzymana w rękach kosa. Stała naprzeciwko niego, jakby wyczekująco.

— Jesteś mój — szepnęła Śmierć, tonem martwym i przyprawiającym o ciarki. Namikaze przygryzł wargę, rozglądając się na boki. Ale nie zobaczył nic, oprócz ciemności.

— Nie mogę być twój — zdecydował, w końcu ponownie spoglądając na przyprawiającą o mdłości postać.

— Dlaczego? — zapytała zaciekawiona , przechyliwszy głowę w prawo.

— Dlatego — odparł — że należę już do kogoś innego.

Śmierć zaśmiała się perliście, jakby rozbawiona, po czym wykonała krok do przodu i dmuchnęła swoim oddechem na dwie, śmiertelne rany. Namikaze poczuł ogarniające go zimno, ale nic poza tym. Nim się spostrzegł Śmierć ruszyła w drugim kierunku, nie oglądając się na niego.

***

Zakaszlał, od razu podrywając się do siadu. Nad sobą oszołomiony zauważył wuja, który gładził czule głowę Mitarashi. Kobieta chwiała się dziwnie, od czasu do czasu szepcząc coś pod nosem. Nagle jednak przestała i wyprostowała się.

— W końcu oszukałeś Śmierć — obwieścił Orochimaru. — W końcu stałeś się Dziedzictwem.

Łowca bez przeszkód zrozumiał, że tak naprawdę wuj nigdy nie chciał go ochronić przed śmiercią.

Wuj z utęsknieniem na nią wyczekiwał...

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY



Strużka krwi dopłynęła do masywnego buta Łowcy. Krwawy szlak wyglądał przerażająco, tak samo jak trzy, martwe ciała w korytarzu. Wyryty napis zaś przyprawiał o trwogę.

— Co to oznacza? — zapytał blondyn sucho, próbując zachować swoją maskę beznamiętności. Orochimaru zerknął na niego kątem oka, by potwierdzić, że nie dał się oszukać. Błękitne tęczówki zmieniające barwę na pomarańcz oraz drżące niekontrolowanie dłonie — to go zdradziło.

— Nie wie... — mag nie zdążył odpowiedzieć. Pulsowanie w głowie oderwało go od świata rzeczywistego i przeniosło ponownie do umysłu Sakury.

Zadrżała, gdy skryty w cieniu nieznajomy zakapturzoną twarz skierował w jej stronę. Oczy zalśniły jakimś srebrnym, przeraźliwym blaskiem, ale mogło się jej to wydawać. Tak samo jak to, że ta twarz była dziwnie znajoma, jakby już gdzieś ją widziała...

Raz jeszcze szarpnięcie. Oczy natychmiast utkwiły w krwawych słowach. Mikoto Uchiha.

Źrenice Orocimaru zwęziły się. Gwałtownie zerknął na swoją uczennice, która marszcząc brwi, odwzajemniła spojrzenie.

— Musimy je pogrzebać — oświadczył pewnie Naruto, nie będąc świadomy, co teraz działo się w głowie wuja. Jakie nieprzyjemne emocje nim targały.

— Nie — zdecydował Orochimaru. Potem przemieścił się tak, że stał twarzą w twarz ze swoim siostrzeńcem. — Nie mamy na to czasu... Mitarashi się tym zajmie.

— Musimy stąd uciekać — orzekł, zaciskając dłoń na ramieniu Łowcy. — Natychmiast.

— A Hinata? — Namikaze nie dał się wyprowadzić z równowagi. Nadal myślał przejrzyście, szacował, jaki krok powinien wykonać. Nie zbagatelizował także niepokoju w głosie wuja.

— Wyślę kruka do Matki, by nie pozwoliła jej wyjechać.— Tym razem to Mitarashi przemówiła. Fatycznie kilka sekund później na jej ramieniu siedział czarny, skrzeczący kruk. Jego krzywy dziób trzymał skrawek magicznego papieru. Nim ktokolwiek z nich odpowiedział, czarodziejka machnęła ręką, fioletowy dym uniósł się w górę, a ptaszysko odleciało, sprawnie przelatując przez otwarte okno.

Orochimaru bardziej zmrużył powieki i znowu przelał całą swoją uwagę na Namikaze.

— Obiecałem cię wiele nauczyć. I to właśnie ten czas, kiedy dotrzymuję danego słowa. Wyruszamy na Czarną Wyspę.

Nawet Mitarashi nieznacznie się poruszyła, jakby zdumiona, ale również przerażona decyzją mistrza. Chociaż Orochimaru wielokrotnie napominał, jak to się skończy.

Namikaze powoli skinął głową, po czym ostatni raz posyłając spojrzenie martwej kuzynce, poddał się woli maga. Stuk wężowej laski, lekko słyszalny trzask i czarna mgła przykryła ich obu.

Sekundę później Mitarashi była samotna i otoczona przez śmierć.

— Czarna Wyspa, gdzie krzyki zmarłych słychać... — szepnęła do siebie.

***

Osiemnastu lordów zasiadło na swoje miejsca. Fukagu posłał im odpychający, pełen wrogości uśmiech, nim sam również usiadł na wyznaczonym krześle. Od razu splecione dłonie ułożył na podłużnym stole, dając tym samym znak, że nie traktuje tego spotkania w żadnym razie poważnie.

— Król nadal nie przybył? — zapytał z nieukrywanym sarkazmem, siedzącego obok Lorda Sano. Ten jednakże nie odpowiedział.

Trwali w ciszy, czekając na przybycie ich pana. Kiedy zaś nagle rozniosło się skrzypnięcie frontowych drzwi, przywitali je z ulgą, od razu powstając. Ale nie tego się spodziewali.

Zamiast króla przed nimi trwał jego stary, zgorzkniały doradca.

— Wybaczcie, lordowie, ale król dziś się nie zjawi. Choroba cały czas postępuje... — wyjaśnił ze smutkiem.

Lord Uchiha odchylił się na krześle, jako jedyny w dalszym ciągu siedząc. Mimo tego wyraźnie widział grymasy na twarzach swoich towarzyszy, a czasem jakieś skrywane zadowolenie. Oczywiście, że kwestią czasu było, nim te parszywe hieny zechcą dobrać się do władzy. Zabić króla, by samemu się nim stać.

Pospiesz się, Kushina — pomyślał.

***

— Jeszcze raz! Mocniej! — krzyknęła.

Uchiha dostosował się bez słów do polecenia. I z tryumfem zauważył drgnięcie dłoni Kushiny, gdy miecz naparł na mały sztylet. Ostrza stykały się jeszcze chwilę ze sobą, po czym oboje odskoczyli.

— Nie bądź taki pewny siebie — ostrzegła go. — Jeszcze mnie nie pokonałeś...

Wampir nie czekał na dalsze słowa łowczyni — po prostu znowu zaczął wykonywać swój śmiercionośny taniec. Poruszał się zwinnie, myśląc nie o tym, że pragnie dopaść kobietę, a o tym, że jest szybższy niż ktokolwiek. Że nic nie stanie mu na drodze, tego właśnie go nauczyła przez te kilka dni... tygodni... a może miesięcy.

I tak nie miało to znaczenia.

Tym razem nie tylko robiła uniki i odpierała ciosy, ale atakowała, ponieważ skłaniał ją do tego, prowokował.

Koniec miecza musnął w jednej sekundzie lica czerwonowłosej. Przerwali naparcie i ponownie znaleźli się kilka metrów od siebie. Sasuke z błyszczącymi, szkarłatnymi oczyma spoglądał na krwawy szlak, ciągnący się od policzka aż do ust.

Niedbale wytarła go ręką.

— Przestań się bawić, nie jesteś już dzieckiem — zadrwiła, jakby nie dostrzegała żadnego postępu, który zrobił.

Mimowolnie poczuł jak kły się wysuwają. Furia przenikała go doszczętnie. Kpiące, szare tęczówki tylko jeszcze bardziej go denerwowały, przechylając na szalę szaleństwa...

Ponowił atak. Miecz lawirował śmiertelnie koło Kushiny, a ona starła się uskakiwać, ale dostrzegał kropelki potu na jej czole i przygryzione w skupieniu wargi. Nie pozwalała sobie na ani sekundy wytchnienia, będąc pewnym, że jeden błąd...

Poluźniła uścisk na sztylecie. To była jego, pieprzona szansa... Ostrze skrzyżowały się ze sobą, a nacisk Uchihy był tak potężny, że w ułamku sekundy broń wypadła z jej dłoni.

Nie czas było na tryumf. Również wyrzucił miecz i prawą pięścią wyprowadził precyzyjny cios w jej skroń. Tak jak przewidywał odchyliła się w lewo...

Podciął ją nogą, ręką naparł na klatkę piersiową i obalił na ziemię. Krew sączyła się z uniesionego kącika ust łowczyni, kiedy brała głębokie oddechy.

— Wygrałem — powiedział Sasuke, przystając tuż nad nią. — Teraz musisz odpowiedzieć na moje pytania — dodał.

***

Siedzieli w jaskini. Ognisko skwierczało, a palący się ogień rzucał cienie na ich ciemne, mroczne oblicza. Oboje pogrążeni byli w zadumie.

— Co się stało tamtej nocy? — przerwał ciszę mężczyzna, nie odrywając spojrzenia od krwiożerczych płomieni.

Ona też tego nie zrobiła...

Unoszący się dym przysłania widoki, ale i tak Kushina dostrzega sylwetkę męża, który pogrążony jest w walce z nieludzkim złem. Przez chwilę, widząc zaciętość Minato i jego potęgę, myśli, że wygrana stoi po ich stronie. Jest w błędzie. Ona się tylko z nim droczy, zabawia. Kushina to pojmuje prędko, gdy tylko zauważa te srebrne, lśniące oczyska.

Nie czeka, by ujrzeć śmierć ukochanego. Szybko wychodzi z walącego się, pochłoniętego przez ogień budynku, by odnaleźć Naruto...

A on stoi, niczym w amoku. Nie wie, co się dzieje, oczy ma dziwnie puste i niewidzące. Nawet jej nie rozpoznaje.

Szarpie dzieckiem, krzycząc jego imię, próbując przywrócić do świata żywych. Bezskutecznie, dalej wydaje się taki martwy... taki bezbronny...

— Naruto, kochanie — krzyk przeradza się w niemalże szloch. Odruchowo dłonie kładzie na jego polikach, chcąc dotknąć go po raz ostatni. Chcąc zapamiętać syna, bo to, co musi zrobić...

— Spójrz na mnie — nakazuje, chociaż przecież on patrzy, tyle że nie widzi.

— Wszystko będzie dobrze, tatuś zaraz... — kłamie, a przynajmniej próbuje, bo Fugaku Uchiha jej przerywa:

— Tatuś nie wróci.

Drgnięcie. Ma świadomość, co właśnie teraz ma się stać, jak bardzo Naruto ją za to znienawidzi. Zaciska palce na sztylecie. Powstrzymuje szloch.

— Naruto, uciekaj — nakazuje, a potem odwraca się nie jako matka a łowca. Pewna, pozbawiona jakichkolwiek skrupułów. Nie waha się, wiedząc, że musi go pozostawić...

***

— Moja matka zabiła Minato Namikaze? — pytanie skutecznie wyrywało Kushinę z nieprzyjemnych, okrutnych wspomnień. — Czemu ciebie ojciec oszczędził? Czemu...?

— Znasz legendę o dziecku, które pragnęło zniszczyć wszystko, co złe i dobre? — przerwała natłok pytań. Jej szare tęczówki zapłonęły w świetle ognia.

— Znam — przyznał, mając dziwnie wrażenie, że nie pierwszy raz słyszy to pytanie. — Podobno dziecię powróci o wiele silniejsze i zgładzi nas wszystkich — zacytował, skróconą wersję opowieści.

— Tak...— skinęła głową. — A co byś powiedział, gdybym oświadczyła, że Mikoto nie jest wampirem? Jej oczy nie lśnią szkarłatem a srebrem, nie łaknie krwi, tylko naszego końca? Co — nachyliła się niebezpiecznie w jego stronę — gdybym rzekła, że Mikoto Uchiha jest potworem w czystej postaci? Dzieckiem z proroctwa?

— Okrutnie bym się zaśmiał — stwierdził Sasuke.

— Dobrze, więc powiem ci o mężczyźnie, a raczej wampirze, który pewnego dnia ujrzał swoją żonę w lustrze. Tamtej nocy kobieta myślała, że ten już zasnął, więc jej piękne oczy przemieniły się w srebro. A ona przemówiła do swych sług — cieni. Krzyczała i śmiała się, szeptała, że w końcu dokona zniszczenia. Mężczyzna długo się zastanawiał, co ma począć, acz ostatecznie rozum nakazał mu się wycofać. Niczego nie wyjawiać. Być ostrożnym. Z czasem pojął bowiem, jakie zagrożenie czai się w ciemnościach. I że trzeba zareagować — mówiła melodyjnym, tajemniczym głosem. — Napisał list do jednego z najpotężniejszych łowców. Zawarł w nim swoje obawy, że wkrótce jego kochana może przeprowadzić nań atak. Zgładzić wszystkich. Najważniejsze jednak, co oświadczył, to mianowicie, że kobieta nie wierzy w dalszą część proroctwa, nie sądzi, że łowca i wampir może współdziałać. Że Dziecictwo i Król powstaną. Mężczyzna razem z łowcą obmyślili więc plan. Okrutny plan, w którym to łowca się poświęcił, by syn, Dziedzictwo, mogło przetrwać...

— Twierdzisz, że łowca to Minato, a mężczyzna to mój ojciec? — Głos Sasuke odbił się echem od ścian jaskini. Kushina uśmiechnęła się lekko.

— Mój mąż, Minato, poświęcił siebie byśmy z Naruto przetrwali. Bym ja mogła czekać tutaj na ciebie, a on...

— ... stać się Dziedzictwem — dopowiedział na wydechu Uchiha.

— Był pewien, że Mikoto nie odpuści, gdy najpotężniejszy Namikaze żyje. Wtedy jeszcze bowiem nie wiedziała, że to nie jego powinna się obawiać...

— A ja? Kim ja jestem? — zapytał Sasuke.

***

Służące czuwały nad łożem króla, wachlując od czasu do czasu dużym wachlarzem. Nagato pokaszliwał i szeptał niezrozumiałe słowa. Jego zmarszczona dłoń drżała zaciśnięta na grubej pościeli.

Nagły cień przemknął tuż obok otwartego okna. Służące, jedna po drugiej, upadały z niemym krzykiem wymalowanym na twarzy. Dało się słyszeć tylko cichy plask ciał uderzających o podłogę. Krew po chwili brudziła wszystko dookoła.

Cień przystanął na moment nad łożem. Z kpiącym uśmiechem zerknął w przerażone, niespodziewanie trzeźwe oczy króla.

Jeden ruch i srebro wbiło się prosto w krwiste serce.

***

Lordowie ponowie zebrali się w wielkiej, niebiesko—białej komnacie. Ponownie rzucili sobie nieprzychylne spojrzenia i zasiedli do stołu. Natychmiast jednak musieli powstać, bowiem doradca króla, ku ich zdumieniu, wszedł i ogłosił przybycie monarchy.

Wielkie wrota się rozwarły. Królewska straż wtargnęła do środka i przystanęła dookoła ścian. Potem nastała wszechogarniająca cisza. Stuk buta jednak ją zakłócił.

W końcu i on mimo tego ucichł. Wszyscy spojrzeli oniemieli na przystającego na środku pomieszczenia mężczyznę. Blada cera, arystokratyczne rysy, zmrużone powieki, idealna beznamiętna maska. Postura pewna, niezachwiania.

Nikt nie miał wątpliwości, kto ośmielił się ich zaszczycić.

— Pokłońcie się królowi — ogłosił beznamiętnie Sasuke Uchiha.